czwartek, 27 września 2018

Matki mają wychodne, czyli jak sama obejrzałam film w kinie

Rzadka sytuacja. Przyjaciółka przybywa z Wysp na półtora miesiąca (uroki urlopu macierzyńskiego). To ostatnie dni jej pobytu w ojczyźnie. Wraz z dwiema innymi, mieszkającymi tu na miejscu, zgrywamy termin, by razem iść do kina. Uwielbiam francuskie komedie, więc organizuję wyjście na 'Kręcisz mnie'. Zapisuję w kalendarzu.

W ciągu dnia Przyjaciółka z Wysp upewnia się czy aby wyjście aktualne. Z dwójką dzieci, bez męża na miejscu, choć z pomocą dziadków. Lgnie do wyjścia z dziewuszkami. Tak, wszystko aktualne - odpowiadam przebierając nóżkami na samą myśl, że spędzimy razem ten wieczór.

Wyłom #1
Dwie godziny później Przyjaciółka z Salonu (tego z głośnymi suszarkami, lakierami i innymi szczotkami) pisze, że źle się czuje i chyba będzie !@#$%^&* Chwilę później potwierdza, że w tym oto "ęą" salonie między strzyżeniem, a farbowaniem klientki dwukrotnie haftowała (nie mylić z dzierganiem igłą). Jednym słowem: wymięka, nie idzie, bawcie się dobrze.
 
Tuż po pracy mknę do przedszkola na spotkanie Rady Rodziców, w domu szybka pomidorówka na ugotowanym wczoraj wieczorem bulionie, potem krótkie chwile z rodziną i szykowanie. Mama ma wychodne. I to nie byle jakie. Nie zakupy, nie spotkanie, nie załatwianie spraw.

AUTENTYCZNE WYCHODNE Z PRZYJACIÓŁKAMI.
 
Wyłom #2
Całuję na do widzenia wszystkich domowników, mknę po schodach wybierając numer Przyjaciółki ze Świetlicy. Odbiera:
- No mów!
- Ja już wychodzę. Przyjadę po Ciebie, tylko powiedz skąd mam Cię odebrać?
- Aaaa to dzisiaj?! Ja byłam w domu na chwilę, potem musiałam wrócić do szkoły, bo miałam spotkanie z radą rodziców, wróciłam 10 minut temu, z dzieckiem właśnie książki otworzyłam, żeby lekcje zrobić. Słuchaj... nie dam rady...

Wyłom #3
Pojękując wsiadam do auta próbując dodzwonić się do Przyjaciółki z Wysp. Na daremnie. Mam chwilę wahania. Jechać? Nie jechać? Jadę! Podajdę pod dom, ona wsiądzie i pomkniemy do kina... Ta ułuda trwa tylko chwilę. Blokada jakaś z internetów mi schodzi i zasypana zostaję informacjami na Messangerze.
- Kochane nie dam rady dzisiaj. Właśnie Martuś próbowałam do cię dzwonić. Dopiero wróciłam a mały zasnął. Jeszcze go przed snem nie karmiłam. Godzina kiepska.

Wraca obraz moich dwóch pociech bawiących się z mężem, gdy ja zamykałam drzwi mknąc z nadzieją na babskie spotkanie. Mam ochotę zawrócić z piskiem opon i być teraz z nimi. Jednak walkę w mojej głowie wygrywają myśli: - Ale przecież chciałaś zobaczyć ten film! Zrób coś tylko dla siebie. Dla siebie samej. Ten dziwnie pojęty egoizm zwycięża. Jadę. Kupuję bilet. Nie opieram się pokusie stu gram żurawiny w czekoladzie (80 zł za kilogram!) i siadam w kinowym fotelu.

Film oczywiście nie zawodzi. 'Kręcisz mnie' udowadnia po raz kolejny, że Francuzi potrafią mówić o problemach społecznych w sposób lekki, mądry, śmieszny i wzruszający. Być może kiedyś w końcu uda mi się nastukać osobny post o francuskich filmach, które mnie zachwyciły... 
 
By obejrzeć kolejny już razem, chyba będziemy musiały polecieć na Wyspy... wszystkie trzy... no chyba, że któraś się wyłamie.



poniedziałek, 10 września 2018

Dwójka dzieci + jedno przedszkole = logistyczny raj

Pierwszy tydzień za nami. Właśnie tydzień temu w poniedziałek tuż po siódmej osiem dudowych stóp wkroczyło na przedszkolną ziemię. Jedną i tę samą. Koniec z krążeniem po mieście. Koniec z odbieraniem jednego dziecka ze żłobka, drugiego z przedszkola, a potem i czasem męża z pracy. Nastał logistyczny raj.

Leo i Lea od nowego roku szkolnego w jednym przedszkolu!


Szliśmy dumnie, z uśmiechami na twarzach. Temat był przegadany, szczególnie z trzylatką, która ze starszaka w żłobku przeskoczyła do przedszkolnej strefy maluchów. Fascynacja nowym wzięła górę nad strachem przed nieznanym. Choć i nieznanym to przedszkole tak do końca nie było. Od jakiegoś czasu zdarzało się, że odbierałam najpierw Leę ze żłobka, by przyjść z nią po Leona do przedszkola. I choć nie było to logiczne logistycznie (żłobek mamy obok domu, a przedszkole bliżej miejsca pracy) opłaciło się.


3 września nie było gryzienia ścian, ucieczki pod dywan i innych histerii. Było zaznajomienie się z nową szafką, radosne odkrywanie nowych zabawek w sali, przywitanie z nowymi paniami... Dopiero, gdy przyciskając literki na zabawkowej klawiaturze padło radosne, ufne pytanie "Zostaniesz tu ze mną mamo się bawić?" czar prysł. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Mama nie zostanie. Mama musi iść do pracy. Głowa opadła na klawiaturę. Żal wielki wyrażony w ciszy. Smutek jakby schowany w twarzy okrytej małymi rączkami... i moje matczyne krwawiące serce... z którego ocucił mnie Pan Tata szepczący "Chodź już!".


Oliwy do ognia dodawał fakt, że brat jest w sali na górze, a Lea musi zostać w sali 3-latków na dole. Przez kolejne kilka dni powtarzała, że na górze jest fajnie i ona chce iść na górę. Ale pod koniec tygodnia już pojawiły się pierwsze symptomy sygnalizujące, że z przedszkolem poszło łatwiej niż ze żłobkiem. Buzia uśmiechnięta w lekkim zadziornym grymasie. Jest dobrze. Dziś nawet rano śmigali na rowerkach z tatą w stronę przedszkola. Ponoć opony piszczały ;) A jak u Was?

niedziela, 24 czerwca 2018

Polska Jest Piękna: Huta Szkła Julia, Piechowice

Kilka dni temu celebrowaliśmy najdłuższy dzień w roku. Księżyc jakby świętując zwycięstwo nocy nad dniem ukazał się pięknie w swojej półokrągłości na bezchmurnym niebie. Zła wiadomość jest taka, że dni będą krótsze. Dobra natomiast, że oficjalnie zaczęło się lato... co trąci lekkim absurdem, bo przecież zdążyliśmy już od niespełna dwóch miesięcy ponarzekać na męczące upały, duchotę i inne niedogodności przedwczesnego nasłonecznienia.

Przy okazji najdłuższego dnia w roku dotarło do mnie, że dni będą jednak coraz krótsze, więc należy je na maksa wykorzystać.  Sezon na zwiedzanie w pełni, pomyślałam więc, że wrócę z cyklem Polska Jest Piękna. Lubicie?

Miejsce o którym chcę napisać zwiedziliśmy w zeszłym roku w maju. Odwiedzaliśmy mojego brata i bratową, którzy mieszkali wtedy w Piechowicach koło Szklarskiej Poręby. W ramach atrakcji turystycznej dla całej rodziny przespacerowaliśmy się do Huty Szkła Kryształowego Julia. Idąc wzdłuż rzeki natknęliśmy się na jednoślad, który oczywiście spotkał się z zainteresowaniem najmłodszych nieświadomych jeszcze wtedy, że dużo większe atrakcje dopiero przed nami.


Tuż przed budynkiem huty spotkaliśmy bowiem jegomościa w srebrnym uniformie. Dzieciaki zachodziły w głowę cóż to za facet. Astronauta jakiś?



Przed wejściem do huty, już na jej terenie, znajduje się ekspozycja zewnętrzna przedstawiająca historyczne narzędzia używane do wytwarzania kryształu. Tuż obok - ku uciesze najmłodszej części rodzinnej ekipy - plac zabaw.





Moją uwagę przykuł rewelacyjny mural w tle posesji. Genialne połączenie tradycji i nowoczesności w architekturze tego miejsca.



Fascynujące jest to, że znaleźli się ludzie, którzy mając nosa do interesów równocześnie zatroszczyli się o to, by dziedzictwo regionu nie wymarło. Zawsze doceniam takie postawy łączące dobrze pojętą przedsiębiorczość z praktyczną lekcją dla szerokiej publiczności. Doświadczenie wejścia na halę produkcyjną jest bowiem nie do zastąpienia przez żadne podręczniki do geografii czy przewodniki turystyczne. A taka możliwość w Hucie Julia istnieje. Nie tam, żeby zaraz szwędać się po kątach. Co to to nie! Jest bilet wstępu, jest pan przewodnik, jest specjalnie wytyczona ścieżka dla zwiedzających. Ale jest też coś więcej... Autentyczni, pracujący w pocie czoła (dosłownie, wilgotność i temperatura w hali bliższe są raczej klimatowi tropikalnemu) mężczyźni przy piecach i kobiety przy szlifierkach. Ludzie. Największa wartość takich miejsc. Nie każdy taką pracę może wykonywać. Jest ciężka, wymaga precyzji, sokolego wzroku i szerokich płuc.







Szklarze nie pałętają się po ulicach wysyłając codziennie CV z modlitwą by ktoś ich zatrudnił. To zawód na wyginięciu. Dlatego tak cenną była możliwość przyjrzenia się ich ciężkiej pracy. Swoją drogą to tacy trochę piechowiccy celebryci. Oni robią swoje, a tłumy się przyglądają. Podziwiam tę umiejętność skupienia się na swojej pracy podczas gdy kilkanaście par oczu spogląda na delikwenta jak na obraz w galerii sztuki. Przyznajcie się, kto lubi jak mu się patrzy na ręce?



Informacje o aktualnych godzinach zwiedzania i cenach biletów znajdziecie tu.

sobota, 16 czerwca 2018

Na rozruch po półrocznej przerwie

Odezwę na Facebook'owym fanpage'u poczyniłam.
Że "bloger" przerywa milczenie.
Że fajnie jakbyście choć trochę tęsknili? 
I takie tam...

Postanowiłam sama na siebie ubić bata, bo jak już będzie choć kilka "lajków" to przecież jest dla kogo... można nockę zarwać... można kliknąć słów kilka. Ot, motywacja taka, która nie pozwoli mi - zwyczajnie ze wstydu - siedzieć cicho w blogoprzestrzeni i użalać się nad sobą, żem pisarsko niepłodna. 

Zatem oficjalnie wracam i pisać mam zamiar. 

Życie obfitowało w wiele wydarzeń w ciągu minionego półrocza.
Radosnych i smutnych. Jak to życie.
Jeśli tylko uda mi się tę naszą codzienność jakoś usystematyzować i wyłuskać z niej rzeczy warte podzielenia się - dam znać. Focus jednak jest na tu i teraz. 

I tak dziś, po pięciu miesiącach przerwy, byłam u fryzjera.
Ot taka niby zwykła rzecz, ale w końcu okazja nie byle jaka: 
wracam do Was to i wyglądać wypada zacnie.

 

Przy tej okazji naszły mnie myśli jakie to szczęście trafiać na swojej drodze na ludzi przyjaznych, uzdolnionych, inteligentnych... Taka właśnie jest Julita, której w styczniu tego roku po raz pierwszy powierzyłam moje włosy. I choć tuż przy moim domu są cztery salony fryzjerskie, w mieście kilkadziesiąt - jestem gotowa przemierzać dystans trzydziestu kilometrów, by otoczyć się ciekawą konwersacją, przyjaznym spojrzeniem, szczerym uśmiechem i atmosferą, której nie da się uszyć sztucznymi półsłówkami czy małomiasteczkowymi plotkami. 

Macie to szczęście trafiać na takie osoby w szeroko pojętych usługach? A może macie jakieś anegdoty z życia lokalnych salonów? 

Do następnego!
 

czwartek, 7 grudnia 2017

Kredkowy Kalendarz Adwentowy

Powiedzmy, że zdecydowałam się napisać post o kalendarzu adwentowym siódmego dnia grudnia, bo tak sobie zaplanowałam... Przecież wśród tych wszystkich postów blogowych pod koniec listopada mógłby zostać przeoczony. A tak jest spóźniony, ale bez niebezpieczeństwa zaginięcia w tłumie jemu podobnych. Powiedzmy...


To, że z podzieleniem się mą pracą twórczą czekałam tyle dni nie znaczy, że ze mnie taka zupełna noga. Bynajmniej! Projekt ów uskuteczniłam dni kilka przed zakończeniem jedenastego miesiąca roku. Powiedzmy, że we wszystkich paczuszkach - dziś, 7 grudnia - są już słodycze. Powiedzmy...

Rok temu prezentowałam Wam dumnie nasz pierwszy kalendarz adwentowy. Był czarno-biały, monochromatyczny, taki jak lubię. Tym razem jednak moja "wrodzona kreatywność" pchnęła mnie ku złotu. I tak z zakupionego w Pepco szarego papieru ze wstawkami w kolorze gold przygotowałam dwadzieścia cztery torebki. Owszem, prościej byłoby kupić gotowe, ale zapewniam Was, że to żadna filozofia przeciąć nożem kawałek papieru i skleić niezawodnym Magic'iem. Powiedzmy...




Drobiazgi do codziennego odpakowywania planowałam kupić latem na Aliexpress. Ale jak wiadomo od planów do czynów droga daleka. Zastał mnie listopad i tyle było po chińskich skarbach. Jakże wielką ulgę poczułam więc, gdy przeglądając posty blogowe w tym temacie, w jakimś komentarzu dostrzegłam nieśmiałą, malutką, króciutką notatkę... "Kupiłam 24 kredki i do każdej paczki włożyłam jedną. Dziecko każdego dnia wyciągało inny kolor z paczki." Cudowny pomysł. Powiedzmy, że był mój...


Kredek zakupiłam 48. Wiadomo przecież, że żadna rozsądna matka nie zapewni sobie codziennej bitwy między rozkochanym w przyborach plastycznych pięciolatkiem i jego 2,5-letnią siostrą przechodzącą obecnie okres buntu.


Zatem w każdej paczce znalazły się dwie kredki Bambino, drewniane, okrągłe, najwyższa półka kredkowa! Dwie tego samego koloru. Każdego dnia inny. Dziś, po siedmiu dniach, mogę powiedzieć, że to był strzał w dziesiątkę. Leon każdego dnia z niecierpliwością otwiera paczuszkę, by zobaczyć jaki kolor dziś dostanie.


Mały słodycz oczywiście też jest (obiecuję, że na dniach dorzucę coś do paczek 16-24 grudnia). Są też zadania. Większość z nich powielona z ostatniego roku, bo świetnie nam się sprawdziły. Z ich wykonywaniem jest różnie, bo i natężenie życia ostatnio znów zintensyfikowane, ale... powiedzmy, że z lekkim opóźnieniem odrabiamy grzecznie zadania. Powiedzmy...



Z wersetami w tym roku się wstrzymałam. Nie żebym umniejszyła sedno tych Świąt. Bynajmniej. Doświadczenie zeszłoroczne pokazało mi jednak, że dzieci były jeszcze za małe, by ogarnąć codziennie jakiś fragment i posklejać je potem w całość historii o narodzeniu Jezusa. Zatem tym razem jako jedno pełne zadanie mamy wpisane:


Przeczytajcie wspólnie w Biblii historię Narodzenia Jezusa

czy innego dnia


Przeczytajcie w Biblii historię o Gwieździe Betlejemskiej.

I taki to kalendarz zagościł w tym roku w naszym domu. Złoty, kredkowy, wyjątkowy... Powiedzmy :)





poniedziałek, 20 listopada 2017

Chillout mum. I am two and a half.

Dziś o poranku przy śniadaniu nauczyłam ją nowego zwrotu...
Do wcześniej znanej odpowiedzi na pytanie: - Lea, ile masz lat?
... DWA!
... dodała niezgrabne, ślamazarne, niewyraźne, ale jakże słodkie
... I PÓŁ!
Tyle właśnie ma ta moja mała kobietka: dwa i pół roku!

Niestety ostatnie dwie i pół doby nie były dla nas łaskawe. To jedna z takich strasznych sobót w których wysiadam emocjonalnie, bo albo zwyczajnie ta mała istota próbuje swoich sił zasłaniając się buntem typowym temu wiekowi, albo przechodzi właśnie kolejny skok rozwojowy wygrywając wszystkie konkurencje od marudy miesiąca, po niejadka, nieśpiocha i łamacza matczynych serc włącznie. Poległam. Nie ogarnęłam. Miałam ochotę płakać, zupełnie nie radząc sobie z jej rozdrażnieniem. Byłam nerwowa, warczałam, by po chwili ściskać ją z całej siły w przypływie bezwarunkowej miłości. Huśtawka emocjonalna.

Niedzielny poranek w kościele też przyprawił mnie o chwile grozy. O ile jej tańce na scenie tuż obok mnie śpiewającej nie były jeszcze tak rozpraszające (nawet pocieszne), to już podbiegi do Ryśka i jego perkusji, by skutecznie dołączyć do tatusia wprowadzały mnie w głęboki stan niezręczności, rozbicia, niemożności skupienia się na śpiewaniu i prowadzeniu ludzi w uwielbieniu. Rozpaczałam w mym złamanym matczynym sercu nad faktem, że babcia z dziadkiem właśnie wyjechali w odwiedziny do rodziny na drugi koniec Polski i nie mam opieki nad tym małym, żywym srebrem; rozpaczałam w mym rozbitym matcznym sercu nad faktem, że nikt nie domyśli się, by jakoś wyrwać mnie z tej niezręcznej sytuacji. Bóg widział jednak moje rozterki i chwilę później odpowiedział w osobie mojej Przyjaciółki (dzięki Sara!), która podeszła i zabrała tę moją rozbrykaną 2,5 latkę ze sceny.

Tak, to Bóg - najlepszy składacz rozbitych serc. Wyciszył mnie, wyciszył ją. Po powrocie do domu zasnęła migiem przy mojej piersi, a ja dochodząc do siebie i znów napełniając się Jego ponadnaturalnym Pokojem usłyszałam z ust Leona coś co posklejałoby każdy rozbity twór.
Ja: - Leo, Ty mnie kochasz?
Leo: - Nie mamo, ja Cię nie kocham. Ja Cię bardzo kocham!

Z każdą chwilą było już tylko lepiej. Dziś znów zjedliśmy wspólne śniadanie, z radością poszła do żłobka, popołudniu wspólnie siedliśmy do stołu, potem czytaliśmy bajeczki, szaleliśmy na podłodze. Znalazła nową zabawę: próbuje czesać moje włosy. Nowy poziom intymności w relacji matka-córka:) Ja muszę jeszcze trochę poczekać na plecenie warkoczy: po pierwsze dlatego, że zupełnie tego nie umiem, a po drugie tempo wzrostu jej włosów jest - krótko mówiąc - ślimacze.

Pomimo tych wszystkich niedogodności z którymi przychodzi mi się zmagać jako matce, wiem jedno: za nic nie zamieniłabym życia na to sprzed 2,5 roku!


czwartek, 28 września 2017

Dary Jesieni

Ani się człowiek nie obejrzał i przyszła jesień.
Oczywiście nie wykonałam zupełnie planu na posty blogowe, bo wciąż coś było do zrobienia.

Ostatnie miesiące są bardzo bardzo intensywne. Wszystkie aktywności związane m.in. z remontem budynku naszego kościoła (no tak, nawet nie miałam okazji Wam donieść, że robimy generalny remont!) dają mi ogromną satysfakcję. Zarwane noce, godziny konsultacji na telefonach, wyjścia z domu, bo wciąż trzeba coś załatwić, z kimś się spotkać, o czymś pogadać dla kogoś z boku mogłyby wyglądać na jedną wielką męczarnię. Kiedy jednak ma się to szczęście, że wspólnotę traktuje się jak DOM zupełnie zmienia się sposób myślenia. Przecież kiedy odnawiamy swoje cztery kąty również jesteśmy zaangażowani, buszujemy po internetach, szukamy inspiracji, negocjujemy ceny... To cudowne móc widzieć jak powoli wyłania się ostateczny kształt. Może Wam niebawem pokażę:)

A tymczasem - żeby nie było, że taka zarobiona jestem - spieszę donieść, że w tych wszystkich obowiązkach pilnuję, by życie rodzinne i towarzyskie zbytnio nie ucierpiało. Kłuje mnie w uszy kiedy mąż mi subtelnie od czasu do czasu donosi, że "za dużo pracuję". Ale staram się traktować to jako pomarańczowe światło ostrzegawcze i zwalniam... choć na chwilę.

Ostatnio odwiedziliśmy na przykład znajomych. A, że z pustymi rękami przybywać nie lubimy, zwykle jakiś drobiazg nam towarzyszy. Tym razem - w związku z rozpoczynającą się właśnie jesienią - postanowiłam wykonać mały projekt DIY. I choć w robótkach ręcznych mistrzynią nie jestem przy odrobinie wkładu własnego i radosnej inwencji twórczej powstał kosz z darami jesieni.

Możecie użyć do takiego projektu jakiegokolwiek pojemnika. U mnie w tej roli świetnie sprawdził się topek na truskawki z marketu, który starannie (jak na mnie:) okleiłam taśmą papierową.




Następnie, by ukryć plamy po soku truskawkowym, wypełniłam go wewnątrz szarym papierem.


Na koniec pozostało wypełnić go tym czym natura nas ostatnio ubogaca. Wszystkie jesienne owoce sprawdzą się tu wspaniale: jabłka, gruszki, brzoskwinie, pierwsze mandarynki (to znak, że Boże Narodzenie za pasem;) Do tego kilka gałązek wrzosu i miniaturowy słoiczek miodu... Prezent od serca jak znalazł!



A co wy zwykle przynosicie przyjaciołom i znajomym, gdy wpadacie z wizytą?


środa, 2 sierpnia 2017

Polska jest pyszna: Gdzie smacznie zjeść w Trójmieście?

Łasuchostwo się mnie trzyma... Rozważając czym by tu się z Wami podzielić w pierwszej kolejności po powrocie z urlopu bezwiednie wpisałam tytuł posta: gdzie smacznie zjeść w Trójmieście? Podobno przez żołądek można trafić do serca. Cóż, potwierdzam, że kilka miejscówek znacznie przybliżyło moje serce ku Trójmiastu. Zatem jeśli wybieracie się nad Zatokę chwytajcie subiektywny przewodnik pysznych miejscówek.

PIEROGARNIA MANDU, Gdańsk

Niekwestionowanym numerem jeden jest Pierogarnia Mandu przy ul. Elżbietańskiej 4/8 w Gdańsku (blisko dworca głównego). Muszę przyznać, że jestem szczerze zdziwiona, że przygotowując się do urlopu w Trójmieście i przeglądając opinie o lokalnych miejscówkach jedzeniowych ani razu nie natrafiłam na hasło MANDU! Całe szczęście w kryzysowej chwili poratował nas wujek Google i to chyba najlepszy tip jaki w życiu nam podrzucił. Miejsce to nasz ewidentny Number One! 


Na wejściu dziewczyny lepiące ręcznie pierogi - PLUS. 

Świetna organizacja sali - przy wejściu spytano nas o ilość osób przy stoliku, kazano poczekać i po chwili zostaliśmy poprowadzeni do stolika (co najmniej jakby tu były dwie gwiazdki Michelin!) - PLUS. 


Po złożeniu zamówienia podano nam orientacyjny czas oczekiwania na danie i poinstruowano, że w czasie, między zupą, na którą czekamy 5 minut, a pierogami na które trzeba poczekać 55 minut, dzieciaki mogą się bawić w specjalnie dla nich przygotowanym kąciku - PLUS. 


Kelnerka opiekująca się naszym skrzydłem super. Niesamowite, acz nieprzesadzone zaangażowanie, zainteresowanie i profesjonalizm. PLUS.

No i najlepsze: JEDZENIE... Palce lizać, miód malina i w ogóle mniam! 

Zupa pomidorowa z ręcznie robionym makaronem jak za dawnych lat. Chcę się takiej nauczyć robić!


Pierogi (u nas z mięsem z dzika, gruzińskie chinkali i pieczone z bananem i sosem czekoladowym) niesamowite! 


Ceny przystępne. 


Atmosfera miejsca cudowna! Dźwięk sztućców, gwar rozmów. Rewelacja! Rzadko jestem pod takim wrażeniem miejsca. Gratuluję całej załodze!


NALEŚNIKOWO, Gdańsk

O drożyźnie na gdańskiej Starówce krążyły różne legendy jednak dzięki wiedzy zdobytej przed wyjazdem z wielu "opiniotwórczych" portali turystycznych wyłuskałam całkiem przystępne Naleśnikowo przy ul. Ogarna 125 (ulica równoległa do Długiej). Do tego bardzo syte! Miejsce serwuje m.in. - jak sama nazwa wskazuje - wszelakiej maści naleśniki i dania im podobne, jak zamówione przez nas spaghetti z ciasta naleśnikowego. Do dzisiaj zachodzę w głowę jakim cudem na talerzu nie znaleźliśmy jednej wielkiej kluchy, tylko całkiem zgrabne niteczki w całkiem niezłym sosie.






Porcje były naprawdę duże, dla dziecka nie do przejedzenia, a i dorosły ledwo mieścił taki arsenał. Sęk w tym, że trafiliśmy tam nieco po 14tej czyli grubo po ustawowej drzemce panny Lei, która postanowiła zbojkotować naleśnikowe menu. Akceptowała wyłącznie koktajle owocowe (pycha!) i maminą pierś, którą dyskretnie się nakarmiłyśmy równocześnie upewniając się, że obsługa nie wnosi zastrzeżeń (matki karmiące, macie zielone światło:)





Wystrój trochę napaćkany, ale do jedzenia zastrzeżeń brak, a i miniaturowej wielkości kącik zabaw się znalazł... także ten tego... polecamy.


CIUCIU MANUFAKTURA SŁODYCZY, Gdańsk

Trafiliśmy do niej spacerując w letnim deszczu po Starówce. Moje oko przyciągnęły wielkie lizaki rodem z coraz to dziwniejszych filmów z Johnnym Deepem. Toteż weszliśmy i... akurat trafiliśmy na pokaz robienia cukierków. Sam pokaz nie był zbyt spektakularny, bo cóż wspaniałego w ugniataniu kolorowej brei na zwykłym kuchennym blacie? Jednak efekt końcowy, którego niestety nie udało mi się uwiecznić na zdjęciu, wzbudził podziw i owszem. Maleńkie cukierki cięte z długiego "węża", a w środku wzór biedronki robił mega wrażenie!









Kilka tygodni po powrocie do domu skonsumowaliśmy kupionego tam kręconego lizaka i rzeczywiście smakował tak jak można by się tego spodziewać po hand-made'owym lizaku (cokolwiek to znaczy). Także jeśli będziecie akurat spacerować ul. Długą w Gdańsku - zatrzymajcie się na słodkie co nieco.

PĄCZKARNIA, Gdynia

Miejscówkę tę wylookałam na Mammamija.pl Autorzy zakończyli swój wpis o Gdyni tak niepozornie, że niby na pocieszenie, że najsłynniejsze pączki w Gdyni... Zapisałam. Wychodząc ze stacji SKM od razu skierowałam azymut na Świętojańską. Ten zapach chyba nas podświadomie przywoływał, bo właściwie bez mapy i GPSa sami mknęliśmy uliczkami w kierunku właściwym. I oto na rogu rzeczonej Świętojańskiej i ul. 10 Lutego (data urodzin mojego brata doczekała się swojej ulicy!;) ujawniła się ona... W pierwszej chwili lekki zawód, bo z zewnątrz, tuż przy ruchliwym skrzyżowaniu ze światłami, miejsce to nie zapowiadało tego co zdarzyło się chwilę później...


Sama niewielka ilość pączków różnej maści dała mi pozytywny sygnał, że będzie tu świeżo. Leżące na blasze obok gotowe drożdżowe kółeczka z surowego ciasta sygnalizowały, że w miarę zapotrzebowania na bieżąco smaży się tam świeże wypieki. Lukrom, posypkom nie było końca, ale to w końcu wakacje! A sam pączek... pierwsza klasa! Spacerując dużo później bulwarem nadmorskim i dojadając resztki kupione na zapas zgadaliśmy się z parą Gdynian z małą dziewczynką. Potwierdzili, że przed Tłustym Czwartkiem kolejka przed tym miejscem nie ma końca. Mniam.




FEED MY SOUL BISTRO, Gdynia  

W porze obiadowej skierowaliśmy swe kroki do Feed My Soul Bistro. Lokal niewielki, w stylu wejść-zjeść-wyjść. Ale jak zjeść! Tego dnia serwowano zupę kalafiorową (spora miska za 5 zł!) tak gęstą i bogatą w smaku, a do tego wegetariańską. Bo to miejsce kultywujące tradycje bezmięsne. Czuć, że chodzi tu o coś więcej niż tylko wrzucenie do gara dwóch marchewek i selera na krzyż. Wypisana na tablicy lista warzyw składających się na ten smakowy majstersztyk była tak długa jak długa może być podróż z Dolnego Śląska na Pomorze:) I podobnie jak cel podróży był bardzo zadowalający tak i smak zupy na długo pozostanie w pamięci moich kubków smakowych.


Lea pochłonęła zielony koktajl owocowo-warzywny ciesząc tym samym moje matczyne serce (niewidzialne witaminy rulez!).


Początkowo dzieci zbojkotowały zupę, ale po chwili matczyne sposoby chwyciły. Leo zajadał łyżkę zupy za każdy pociąg, trolejbus, autobus i bus, który przejeżdżał po drugiej stronie szyby. Tym sposobem wsunął w mgnieniu oka całą pyszną zupę. Na drugie danie zwyczajnie nie starczyło nam miejsca... Zupa była tak syta i aromatyczna, że spasowaliśmy. Bardzo bardzo polecamy! ul. Świętojańska 135 Gdynia (w internetach piszą, że mają też filię w Gdańsku przy placu Dominikańskim 1).


BAR PRZYSTAŃ, Sopot

Wpadliśmy tam ze znajomymi Białorusinami, którzy też akurat wakacjowali w Trójmieście właściwie z dwóch powodów: po pierwsze podobno podają tam najlepszą zupę rybną, a po drugie lokal usytuowany jest na plaży, więc zanim człowiek swoje odstał w kolejce dzieciaki mogły bezkarnie korzystać z uroków Bałtyku. Niestety ludu tam co nie miara, a dźwięki cymbergaja skutecznie uprzykrzały mi konsumpcję. Jednak przyznać trzeba, że Zupa Rybaka rzeczywiście wymiata. To taki niby rosołek tyle, że zamiast udka czy szpondru wołowego pływają w niej duże kawałki dorsza. 16 zł za miskę to cena adekwatna do smaku. Polecam.




POMARAŃCZOWA PLAŻA, Sopot

Ponieważ zaczęłam ten wpis od najmocniejszego punktu programu (Mandu) to skończę chyba najsłabszym. Macie czasem takie uczucie, że coś nie gra? Niby fajna lokalizacja (tuż przy plaży), niby fajna infrastruktura i styl wnętrza, plac zabaw dla dzieci tuż przy stolikach, smaczna szarlotka, uprzejma kelnerka... Nawet ta mucha, która wpadła do świeżo wyciśniętego soku nie zepsuła ostatecznej oceny... Po prostu czegoś temu miejscu zabrakło. Klimatu? Dobrze pojętego gwaru? A może to już zmęczenie?




Mam nadzieję, że ten wpis Wam pomoże. Dajcie znać jeśli uda Wam się odwiedzić którąś z tych miejscówek. Jestem bardzo ciekawa czy podzielacie moją opinię. A może macie inne ulubione miejsca na kulinarnej mapie Trójmiasta?