Termin "świadome rodzicielstwo" rozgościł się na dobre w społecznej świadomości. Powstają publikacje o takim tytule, zakładane są instytuty, nagrywane audycje radiowe. I choć uważam temat za ważny myślę sobie, że zdominował on przestrzeń publiczną na tyle, że zepchnął inny, ważny "twór" na boczne tory.
Tworem, który mam na myśli jest relacja niezwykła, choć tak powszechna. Relacja męża i żony.
Jedną z wrześniowych sobót spędziliśmy na warsztatach dla małżeństw organizowanych w moim kościele. Niestety osobno, bo bostonka na tyle pokrzyżowała nam plany, że nie było opcji, by zostawić chorą Leę pod opieką innej osoby. Wymieniliśmy się więc w połowie dnia, by wieczorem usiąść i przegadać temat. Każdy przecież wie, że kluczem do budowania jakiejkolwiek relacji jest szeroko rozwinięta komunikacja. Jak jednak często rozmawiacie ze swoim współmałżonkiem wprost o Waszych oczekiwaniach, o tym co Was boli, cieszy itd.? My właściwie często:) Przyznać jednak muszę, że są tematy o których rozmawiać nam jakoś ciężej, niechętniej, rzadziej.
Warsztaty, prowadzone przez profesjonalistów - terapeutów chrześcijańskich, odświeżyły nam kilka prawd dotyczących małżeństwa. Ten post byłby naprawdę długi, gdybym pozwoliła sobie na wypisanie wszystkich cech, które wspólnie ustaliliśmy odnośnie tego czym małżeństwo jest, a czym nie jest. Pozostawię to jednak Waszej interpretacji. Powiedzmy... rzucę wędkę nie łowiąc za Was ryby. Może usiądziecie razem ze współmałżonkiem i zastanowicie się nad tym?
Wyostrzyliśmy jednak pewne przeciwstawienie.
Małżeństwo: przymierze czy kontrakt?
W przymierzu znajdujemy ofiarność, oddanie siebie, zaufanie i bezwarunkową obietnicę.
W kontrakcie obdarowywanie się jest uzależnione od spełniania warunków.
Jeśli współmałżonek ich nie wypełnia zaczynamy go karać.
Niestety wiele małżeństw zaczyna żyć na zasadzie kontraktu.
Jeśli pilnujemy warunków zaczyna się kontrola, która jest powiązana z naszym poczuciem bezpieczeństwa. Zasada ograniczonego zaufania jest punktem wyjścia do funkcjonowania w małżeństwie kontraktowym.
Przymierze natomiast zawiera obietnicę, którą sobie ślubowaliśmy.
Punktem wyjścia jest danie sobie nawzajem pełnego kredytu zaufania.
Półtora tygodnia temu byliśmy na ślubie mojej koleżanki z pracy. Wspaniale było patrzeć jak kolejna para młodych ludzi decyduje się rozpocząć wspólną podróż na dobre i na złe. Ten moment skłonił jednak do refleksji. Co tak naprawdę znaczy wypowiadane "Tak mi dopomóż Boże wszechmogący..."? Czy w naszej codzienności pamiętamy o tym, że do małżeństwa zaprosiliśmy kochającego Boga? Nasz kredyt zaufania ma mocne oparcie nie tylko w słowie, które sobie daliśmy nawzajem, ale w Bogu. Nasz kredyt ma mocnego Poręczyciela.
Równocześnie z dzieloną radością nowożeńców przeżywam ogromny kryzys w małżeństwie innych znajomych. Staram się zachować zdrowy dystans, by nie przekroczyć granicy, którą sami wytyczyli w tym trudnym okresie. Myślę o nich codziennie, modlę się. Wiem jednak, że przyjęcie daru miłości jest naszym wyborem. To my wybieramy, że nie pójdziemy za impulsem złości, gniewu, pożądania, pokusy...
Mamy za sobą z R. podobne doświadczenia w przeszłości. Też przechodziliśmy kryzysy, które - z pełną świadomością mogę powiedzieć - przetrwaliśmy tylko dzięki ponadnaturalnej mocy Jezusa działającej w naszym życiu. Dziś patrząc w jakim miejscu jesteśmy, jak szczęśliwy i spełniony związek przyjaciół i partnerów tworzymy wiem, że było warto podjąć takie a nie inne decyzje. Wszystkie diabelskie podszepty mówiące "Stało się. Już za późno." mają na celu jedno: rozbić, zranić, upokorzyć. To prawda. To co się stało już się nie odstanie, ale to co ma się stać w przyszłości jest w dużej mierze uzależnione od decyzji małżonków, czasem obojga, czasem jednego... Nigdy nie jest za późno na wybaczenie i przyjęcie wybaczenia. Dopóki jest wola budowania należy się jej uchwycić, by w starości móc się obejrzeć wtecz i powiedzieć: OK, zawaliłem "w czterdziestym piątym", ale potem dzięki Potrójnemu Sznurowi (Księga Kaznodziei Salomona/Koheleta 4:12) przeżyliśmy wiele lat w szczęściu i spełnieniu.
Dzielę się tym z Wami, bo ostatnio temat małżeństwa gdzieś przewija się wokół mnie zarówno w tej radosnej jak i trudniejszej odsłonie. Nie jestem naiwna. Miesiąc miodowy nie trwa całe życie. To od nas jednak w dużej mierze zależy czy będziemy podejmować dialog, będziemy wybaczać, będziemy dawać drugą szansę, będziemy szukać rozwiązania kryzysów, tak by ostatecznie być wiernym danemu słowu: "dopóki śmierć nas nie rozłączy".
środa, 12 października 2016
niedziela, 18 września 2016
Fenomen Kici Koci
Książeczki. Nasza - niespełna 16-miesięczna - Lea uwielbia je wertować. Z zainteresowaniem obraca każdą kolejną stronę marszcząc, w sobie tylko znany sposób, brwi jakby odkryła właśnie Amerykę. Oczywiście skupienie to adekwatne jest do jej wieku, zatem trwa jakieś trzy sekundy. Po chwili uwaga skoncentrowana jest na czymś innym. Cieszy mnie jednak fakt, że od małego lgnie do książek. Już sobie powiedziałam, że na któreś tam kolejne urodziny dostanie ode mnie w prezencie całą sagę Ani Z Zielonego Wzgórza, w której to ja zaczytywałam się będąc dziewczynką. Ciekawe czy też będzie podkochiwać się Gilbercie?:)
Póki co swoim małym paluszkiem wskazuje na półki z książkami z błagalnym spojrzeniem mówiącym - Nie dosięgnę. Ściągnij mi proszę tę książkę. Ściągam zatem z górnych półek różne pozycje. Wśród nich serię o Kici Koci kupioną dla Leona w zeszłym roku.
O książeczkach opisujących codzienność małej kotki dowiedziałam się dzięki rewelacyjnym przeglądom biblioteki malucha i przedszkolaka na blogu Matka Wariatka. Przekonała mnie ich długość, a raczej krótkość (w sam raz do poczytania trzy-czterolatkowi przed spaniem); cena (bardzo przystępna) oraz to, że przedstawia naszą polską rzeczywistość w prostych zdaniach adekwatnych do poziomu pojmowania przez przedszkolaka.
Kotka odwiedza przedszkole, poznaje strażaka czy policjanta, gotuje, sprząta, jedzie w podróż pociągiem... można by wymieniać i wymieniać. Wydawnictwo Media Rodzina wypuściło na rynek całą serię i co jakiś czas ubogaca ją o kolejne pozycje.
W lutym, w ramach prezentu urodzinowego, moja trzyletnia bratanica otrzymała pakiet kwadratowych książeczek o kotce. Dziś - ponad pół roku później - moja bratowa na pytanie "co moglibyśmy kupić Lence na gwiazdkę?" (tak wiem, jest wrzesień, a ja już zaczynam myśleć o prezentach świątecznych...) błagalnym głosem, bez zastanowienia odpowiada: - Kolejne książeczki o Kici Koci! Już znam na pamięć wszystkie, które mamy, a Lenka nie ustępuje i codziennie chce by czytać jej od nowa i od nowa o tym jak Kicia Kocia zakłada zespół muzyczny, mówi 'dzień dobry' czy bawi się na placu zabaw.
W przedszkolu mojego Leona piątek jest dniem, w którym dzieci mogą przynosić swoje zabawki. Tydzień temu oprócz ukochanego królika Leo przyniósł dwie książeczki z serii o Kici Koci. Z jego opowieści wynika, że panie czytały je dzieciom. Jak myślicie? Przedszkolaki złapały bakcyla?
Póki co swoim małym paluszkiem wskazuje na półki z książkami z błagalnym spojrzeniem mówiącym - Nie dosięgnę. Ściągnij mi proszę tę książkę. Ściągam zatem z górnych półek różne pozycje. Wśród nich serię o Kici Koci kupioną dla Leona w zeszłym roku.
O książeczkach opisujących codzienność małej kotki dowiedziałam się dzięki rewelacyjnym przeglądom biblioteki malucha i przedszkolaka na blogu Matka Wariatka. Przekonała mnie ich długość, a raczej krótkość (w sam raz do poczytania trzy-czterolatkowi przed spaniem); cena (bardzo przystępna) oraz to, że przedstawia naszą polską rzeczywistość w prostych zdaniach adekwatnych do poziomu pojmowania przez przedszkolaka.
Kotka odwiedza przedszkole, poznaje strażaka czy policjanta, gotuje, sprząta, jedzie w podróż pociągiem... można by wymieniać i wymieniać. Wydawnictwo Media Rodzina wypuściło na rynek całą serię i co jakiś czas ubogaca ją o kolejne pozycje.
W lutym, w ramach prezentu urodzinowego, moja trzyletnia bratanica otrzymała pakiet kwadratowych książeczek o kotce. Dziś - ponad pół roku później - moja bratowa na pytanie "co moglibyśmy kupić Lence na gwiazdkę?" (tak wiem, jest wrzesień, a ja już zaczynam myśleć o prezentach świątecznych...) błagalnym głosem, bez zastanowienia odpowiada: - Kolejne książeczki o Kici Koci! Już znam na pamięć wszystkie, które mamy, a Lenka nie ustępuje i codziennie chce by czytać jej od nowa i od nowa o tym jak Kicia Kocia zakłada zespół muzyczny, mówi 'dzień dobry' czy bawi się na placu zabaw.
W przedszkolu mojego Leona piątek jest dniem, w którym dzieci mogą przynosić swoje zabawki. Tydzień temu oprócz ukochanego królika Leo przyniósł dwie książeczki z serii o Kici Koci. Z jego opowieści wynika, że panie czytały je dzieciom. Jak myślicie? Przedszkolaki złapały bakcyla?
czwartek, 18 sierpnia 2016
Wrocław - podróż sentymentalna
Dawno... oj bardzo dawno nie czułam się tak jak w ostatni poniedziałek. Co ciekawe, uczucie o którym właśnie piszę, nawiedziło mnie zupełnie nieoczekiwanie. A był to dzień z grubsza zaplanowany. Jakże jednak fascynującym jest fakt, że nie wszystko w życiu da się przewidzieć. I oto ja właśnie sama sobą zostałam zaskoczona. A konkretniej, uczuciem przywołanym wspomnieniami miejsc, ulic stolicy regionu w którym mieszkam...
Wrocław (bo o nim mowa) odwiedzam średnio kilka razy w roku. Odkąd jesteśmy mobilni,a będzie to już około dekady, jeździmy tam wyłącznie samochodem; zwykle do rodziny lub przyjaciół. Tym razem również wszystko odbyło się w powyższej normie. Po przegadanej nocce, wraz ze znajomymi, postanowiliśmy jednak zrobić sobie wycieczkę i z przedmieść udaliśmy się pociągiem w stronę dworca głównego. Tak, wiedziałam, że jest po remoncie. Wiedziałam, że mogę spodziewać się świeżego powietrza, czystej posadzki i odmalowanej elewacji. Ba, nawet windy się znalazły!
Niesiona na fali pięknych wspomnień przemogłam nawet niechęć do karuzeli i wylądowałam z trójką bąbli w złotej karocy w Parku Staromiejskim. W głowie kręciło mi się tylko z jednego powodu: jaki piękny dzień! jakie piękne wspomnienia!
Leo z kolegą Antkiem jak prawdziwi wycieczkowicze zajadali się gotowaną kukurydzą, a mnie znów przeszył dreszczyk emocji, bo wiem przecież jak mój mąż ją uwielbia!
To Manufaktura Balduno przy ul. Wita Stwosza 15 serwująca lody, które zamiast mleka czy śmietany bazują na inulinie - naturalnym prebiotyku. Są więc bezpieczne dla wegan, ale oczywiście i my cieszyliśmy podniebienia ich wyrafinowanym smakiem. Smakiem przez duże "S", bo słodyczy właściwie nie czuło się wcale, jednak rekompensatą była intensywność doznań pistacji, czekolady malin czy wanilii.
Ponieważ bary mleczne, w których od czasu do czasu stołowaliśmy się z Ryśkiem w czasach studenckich były oddalone dość znacznie od Starówki (nie licząc Misia, przy przechodzeniu obok którego, na wspomnienie naleśników znów jęknęłam z zachwytem), a kolejki z racji dnia wolnego od pracy wydawały się nie mieć końca, wydelegowaliśmy gospodarza wycieczki do zakupu oldschool'owego fast foodu z baru Misz Masz patrz: pierogów ruskich i frytek, które następnie skonsumowaliśmy na ławce na jednej z dość licznie zaludnionych uliczek przy Uniwersytecie.
Każde wypatrzenie jakiegoś smaczku dawało nam satysfakcję i wprowadzało w zdumienie nad ludzką myślą technologiczno-artystyczną!
W jednym ze skrzydeł na piętrze (by the way, miniatura to słowo wielce nieadekwatne, bowiem makieta mieści się na 260 metrach kwadratowych!) w pomniejszeniu dało się podglądnąć zajezdnię, kamienice mijane dwanaście lat temu tuż przy wjeździe na dworzec, gdy przebierając nóżki czekało się tylko na to, by znów zobaczyć ukochanego czekającego na peronie. Nawet tu, w miejscu, które miało być atrakcją dla najmłodszych pierwiastek nostalgicznego uczucia narzeczeńskiej miłości dał o sobie znać.
Wrocław (bo o nim mowa) odwiedzam średnio kilka razy w roku. Odkąd jesteśmy mobilni,a będzie to już około dekady, jeździmy tam wyłącznie samochodem; zwykle do rodziny lub przyjaciół. Tym razem również wszystko odbyło się w powyższej normie. Po przegadanej nocce, wraz ze znajomymi, postanowiliśmy jednak zrobić sobie wycieczkę i z przedmieść udaliśmy się pociągiem w stronę dworca głównego. Tak, wiedziałam, że jest po remoncie. Wiedziałam, że mogę spodziewać się świeżego powietrza, czystej posadzki i odmalowanej elewacji. Ba, nawet windy się znalazły!
Jednak to czego doświadczyłam po przekroczeniu monumentalnych drzwi wyjściowych z budynku dworca Wrocław Główny powaliło mnie na łopatki. Retrospekcja wspomnień, buchające uczucia, młodzieńczy stan zakochania! Te mury to widziały. Słynny neon 'Dobry Wieczór We Wrocławiu' mrugał zalotnie, gdy lata temu - dokładnie dwanaście (!) - odwiedzałam mojego chłopaka, później narzeczonego, dziś męża ma się rozumieć, w akademiku Politechniki przy Górnickiego. Jak skoczek o tyczce albo mistrz tańca towarzyskiego w brzuchu motyle zaczęły latać. A ja oszołomiona tym nawałem uczuć z rozrzewnieniem wylewałam z siebie ten zachwyt, tę myśl ulotną w słowach: - Rysiek, a pamiętasz to? A pamiętasz to?!
Dwanaście lat później rzeczywistość się zmieniła. Bo oto dworzec odzyskał piękny blask, plac przed nim z PRL-owskiego postoju taksówek i chaotycznie zaaranżowanej przestrzeni zmienił się nie do poznania, przypominając bardziej jakieś niemieckie miasto, ot Drezno choćby. No i my... dwanaście lat starsi; bogatsi o dwa największe skarby, o lata doświadczeń w relacji małżeńskiej, kochający się wciąż tak samo, a jednak inaczej... dojrzalej.
Ruszyliśmy... w miasto! Tym razem innymi ścieżkami, z zaplanowaną inną niż dekadę temu destynacją uwzględniającą atrakcje dla najmłodszej obsady wycieczki. A jak Wrocław to słynne krasnale, które co jakiś czas zerkały czy aby w mych oczach widoczna jest jeszcze iskierka niewysłowionej radości.
Niesiona na fali pięknych wspomnień przemogłam nawet niechęć do karuzeli i wylądowałam z trójką bąbli w złotej karocy w Parku Staromiejskim. W głowie kręciło mi się tylko z jednego powodu: jaki piękny dzień! jakie piękne wspomnienia!
Leo z kolegą Antkiem jak prawdziwi wycieczkowicze zajadali się gotowaną kukurydzą, a mnie znów przeszył dreszczyk emocji, bo wiem przecież jak mój mąż ją uwielbia!
Z Parku Staromiejskiego ul. Teatralną i Świdnicką doszliśmy na Rynek, który ominęliśmy zgrabnie by dotrzeć do kolejnego celu naszej podróży. Faktem jest, że nie był to cel sentymentalny, a zupełnie nowe dla nas miejsce, które z czystym sercem polecamy.
To Manufaktura Balduno przy ul. Wita Stwosza 15 serwująca lody, które zamiast mleka czy śmietany bazują na inulinie - naturalnym prebiotyku. Są więc bezpieczne dla wegan, ale oczywiście i my cieszyliśmy podniebienia ich wyrafinowanym smakiem. Smakiem przez duże "S", bo słodyczy właściwie nie czuło się wcale, jednak rekompensatą była intensywność doznań pistacji, czekolady malin czy wanilii.
Ponieważ bary mleczne, w których od czasu do czasu stołowaliśmy się z Ryśkiem w czasach studenckich były oddalone dość znacznie od Starówki (nie licząc Misia, przy przechodzeniu obok którego, na wspomnienie naleśników znów jęknęłam z zachwytem), a kolejki z racji dnia wolnego od pracy wydawały się nie mieć końca, wydelegowaliśmy gospodarza wycieczki do zakupu oldschool'owego fast foodu z baru Misz Masz patrz: pierogów ruskich i frytek, które następnie skonsumowaliśmy na ławce na jednej z dość licznie zaludnionych uliczek przy Uniwersytecie.
Po szybkim opróżnieniu zapasów mleka gdzieś na ławce przy placu zabaw (trzeba było zadbać o to, by "Lea cycoholik" miała również miłe wspomnienia z tej wycieczki;) nasze nogi skierowaliśmy w stronę Dworca Świebodzkiego. Mijając Rynek, plac Solny, Synagogę Pod Białym Bocianem i fosę dotarliśmy na plac Orląt Lwowskich. Tam czekała największa atrakcja tego dnia: Kolejkowo, czyli największa makieta kolejowa w Polsce. Dla dwóch małych fanów pociągów to miejsce wydało się rajem, a i pozostali uczestnicy wycieczki cieszyli oko niebywałą precyzją wykonania i efektami ogromnej pracy manualnej modelarzy.
Każde wypatrzenie jakiegoś smaczku dawało nam satysfakcję i wprowadzało w zdumienie nad ludzką myślą technologiczno-artystyczną!
W jednym ze skrzydeł na piętrze (by the way, miniatura to słowo wielce nieadekwatne, bowiem makieta mieści się na 260 metrach kwadratowych!) w pomniejszeniu dało się podglądnąć zajezdnię, kamienice mijane dwanaście lat temu tuż przy wjeździe na dworzec, gdy przebierając nóżki czekało się tylko na to, by znów zobaczyć ukochanego czekającego na peronie. Nawet tu, w miejscu, które miało być atrakcją dla najmłodszych pierwiastek nostalgicznego uczucia narzeczeńskiej miłości dał o sobie znać.
Na przedmieścia wróciliśmy już autobusem miejskim, by jeszcze bardziej uatrakcyjnić chłopcom ten dzień (wycieczki autobusowe są dla Leona bowiem nie lada przyjemnością!). Późnym wieczorem wracaliśmy do oddalonego o sto kilometrów miasta rodzinnego. Za kierownicą oczy mi się przymykały. Nie wiem jednak czy to przez to, że wcześniejsza noc była w połowie przegadana, czy może przez mega dotlenienie podczas całodniowego bądź co bądź przebywania na powietrzu; a może po prostu moja podświadomość mówiła jedno: zamknij oczy i przenieś się znów do tych miejsc, splotu dłoni, do uczuć, które w takiej postaci już nigdy nie wrócą. Będą bowiem ewoluować, dojrzewać. Jednak wspomnienie o nich przeniesie cię co jakiś czas w piękną podróż... sentymentalną podróż do przeszłości...
niedziela, 31 lipca 2016
Przyjęcie Urodzinowe Fana (nie mylić z fanką) Krainy Lodu
Być może wydam Wam się monotematyczna, bo ostatnio piszę głównie o urodzinach, ale cóż poradzę na to, że jesteśmy właśnie w szczycie sezonu imprezowego?
Od jakiegoś czasu zastanawiałam się jaką tematykę obrać przygotowując przyjęcie z okazji czwartych urodzin Leona. Z rozwiązaniem tej zagwozdki przyszedł nie kto inny jak sam solenizant. Codzienny performance w zawiniętym kocyku imitującym sukienkę i śpiewane na całe gardło 'Mam tę moc' było wystarczającym powodem, by tematem przewodnim została Kraina Lodu.
I choć niektórzy zapewne powiedzieliby, że ograniczam własne dziecko, nie szanuję upodobań, wkładam w ramy, patrzę stereotypowo i inne takie dyrdymały... przyznaję, że olałam z premedytacją wciąż słyszane zdanie "Mamo, jestem Elzą" i postanowiłam skupić się na "nieksiężniczkowych" postaciach z Disney'owskiej historii.
Prym zatem wiódł nie kto inny jak sympatyczny bałwan Olaf.
Pojawił się przede wszystkim na torcie, który niestety okazał się niewypałem. Zwykle torty w naszej rodzinie piecze moja bratowa (mistrzyni w tej materii!), ale akurat była trzy dni przed porodem (!). Nie chciałabym robić przykrości dziewczynie, która go upiekła; końcem końców doceniam wkład pracy, ale krótko skwituję: tort był po prostu niedobry, nie smakował właściwie nikomu, a ja mam nauczkę, by następnym razem nie zamawiać ciasta na przyjęcie u osoby reklamującej się na Facebooku.
Dzieciakom przybyłym na imprezę zaserwowaliśmy iście lodowe przekąski. Skarbnicą pomysłów był internet, który aż roi się od zdjęć i opisów urodzin w tym temacie. Zatem będąc zupełnie nieorginalną przedstawię Wam "nasze" menu:
* brzuszki Olafa czyli pianki marshmallows
* nosy Olafa czyli ugotowane mini-marchewki
* ręce Olafa czyli paluszki
* płatki śniegu czyli popcorn
* góry lodowe czyli upieczone przeze mnie muffinki
* no i hit imprezy: roztopiony śnieg, czytaj czysta woda, którą dzieci piły z ogromnym smakiem
Oprócz klasycznego Sto Lat dzieci zaśpiewały (czasownik mocno przesadzony:) Mam Tę Moc. A najciekawszą zabawą było wspólne złożenie w całość wesołego bałwanka. Dzieci po kolei przyklejały elementy jego ciała na dużą tablicę.
Gdy Olaf pokazał się w całej okazałości odkryto jednak, że brakuje mu nosa. Zatem po kolei każde z dzieci z zasłoniętymi oczyma przyklejało pomarańczową marchewkę gdzie popadnie. Efekt poniżej na pamiątkowym zdjęciu.
Poza tym ogród dziadków w którym impreza się odbywała, zaopatrzony był w trampolinę, huśtawki i piaskownicę, więc maluchy wyszalały się na świeżym powietrzu.
Jak urodziny to i prezenty. Biorąc pod uwagę mój niekończący się zawrót głowy, gdy codziennie muszę zbierać z podłogi tony zabawek, zaproponowałam złożenie się na jedną konkretną rzecz o której Leo marzył: mianowicie jeżdżącą i grająca ciuchcię.
Takową otrzymał, a przy okazji jeszcze lodowe gadżety takie jak Gra Zręcznościowa Przygody Olafa by Tomy oraz super mega duże kolorowanki tym razem już z księżniczkami lodowymi.
Poległ więc mit, że urodziny tematyczne pod hasłem Kraina Lodu mogą być organizowane wyłącznie dla dziewczynek. Jeśli tylko podejdzie się do tematu w sposób mniej sztampowy niż wszechobecny księżniczkowy turkus i róż można sprawić, że szeroki uśmiech pojawi się także na twarzy małego fana, a nie tylko fanki... By the way, wierzyć mi się nie chce, że ten fan ma już całe cztery lata!
Od jakiegoś czasu zastanawiałam się jaką tematykę obrać przygotowując przyjęcie z okazji czwartych urodzin Leona. Z rozwiązaniem tej zagwozdki przyszedł nie kto inny jak sam solenizant. Codzienny performance w zawiniętym kocyku imitującym sukienkę i śpiewane na całe gardło 'Mam tę moc' było wystarczającym powodem, by tematem przewodnim została Kraina Lodu.
I choć niektórzy zapewne powiedzieliby, że ograniczam własne dziecko, nie szanuję upodobań, wkładam w ramy, patrzę stereotypowo i inne takie dyrdymały... przyznaję, że olałam z premedytacją wciąż słyszane zdanie "Mamo, jestem Elzą" i postanowiłam skupić się na "nieksiężniczkowych" postaciach z Disney'owskiej historii.
Prym zatem wiódł nie kto inny jak sympatyczny bałwan Olaf.
Pojawił się przede wszystkim na torcie, który niestety okazał się niewypałem. Zwykle torty w naszej rodzinie piecze moja bratowa (mistrzyni w tej materii!), ale akurat była trzy dni przed porodem (!). Nie chciałabym robić przykrości dziewczynie, która go upiekła; końcem końców doceniam wkład pracy, ale krótko skwituję: tort był po prostu niedobry, nie smakował właściwie nikomu, a ja mam nauczkę, by następnym razem nie zamawiać ciasta na przyjęcie u osoby reklamującej się na Facebooku.
* brzuszki Olafa czyli pianki marshmallows
* nosy Olafa czyli ugotowane mini-marchewki
* ręce Olafa czyli paluszki
* płatki śniegu czyli popcorn
* góry lodowe czyli upieczone przeze mnie muffinki
* no i hit imprezy: roztopiony śnieg, czytaj czysta woda, którą dzieci piły z ogromnym smakiem
Oprócz klasycznego Sto Lat dzieci zaśpiewały (czasownik mocno przesadzony:) Mam Tę Moc. A najciekawszą zabawą było wspólne złożenie w całość wesołego bałwanka. Dzieci po kolei przyklejały elementy jego ciała na dużą tablicę.
Gdy Olaf pokazał się w całej okazałości odkryto jednak, że brakuje mu nosa. Zatem po kolei każde z dzieci z zasłoniętymi oczyma przyklejało pomarańczową marchewkę gdzie popadnie. Efekt poniżej na pamiątkowym zdjęciu.
Poza tym ogród dziadków w którym impreza się odbywała, zaopatrzony był w trampolinę, huśtawki i piaskownicę, więc maluchy wyszalały się na świeżym powietrzu.
Jak urodziny to i prezenty. Biorąc pod uwagę mój niekończący się zawrót głowy, gdy codziennie muszę zbierać z podłogi tony zabawek, zaproponowałam złożenie się na jedną konkretną rzecz o której Leo marzył: mianowicie jeżdżącą i grająca ciuchcię.
Takową otrzymał, a przy okazji jeszcze lodowe gadżety takie jak Gra Zręcznościowa Przygody Olafa by Tomy oraz super mega duże kolorowanki tym razem już z księżniczkami lodowymi.
Poległ więc mit, że urodziny tematyczne pod hasłem Kraina Lodu mogą być organizowane wyłącznie dla dziewczynek. Jeśli tylko podejdzie się do tematu w sposób mniej sztampowy niż wszechobecny księżniczkowy turkus i róż można sprawić, że szeroki uśmiech pojawi się także na twarzy małego fana, a nie tylko fanki... By the way, wierzyć mi się nie chce, że ten fan ma już całe cztery lata!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































