Przecież wiem, że taki jest. Wiem, że nie przykłada wagi do dat, rocznic, urodzin. Że najchętniej w dniu swoich własnych zapadłby się pod ziemię i pojawił ponownie dzień później. Wiem, że w tej materii wypełnia się u nas zasada "przeciwieństwa się przyciągają". Wiem, że fakt, że rok temu zupełnie zapomniał o rocznicy ślubu nie było złośliwością z jego strony. Wiem, że właściwie każdy dzień pełen miłości, troski i opieki mogłabym z powodzeniem nazwać "rocznicą". Przecież to wiem...
Dziś mija dwanaście lat od naszego ślubu. Przy ogólnej tendencji do późnego zamążpójścia przyznać trzeba, że jak na nasz wiek (w granicach 30-40:) to całkiem niezły staż. Tacy młodzi, a tyle lat razem! ;) I mimo, że o moim mężu wiem wszystko to o czym Wam napisałam na początku, to jednak - przyznaję bez bicia - odezwał się we mnie ten zły pierwiastek kobiecej natury.
Świętowanie w tym roku postanowiłam zbojkotować!
Gdyby jednak przyjąć opcję, że to wcale nie "ciemna strona kobiecej natury", a po prostu danie przestrzeni drugiej stronie do wykazania się? To nic, że do ruchu potrzebny był bodziec w postaci naszej przyjaciółki, która zmyła memu Poślubionemu głowę, że jak to?! Że nigdzie mnie nie zabierze?! Że tak nie można! Że ona nawet dzieci popilnuje! Skapitulował;) Zaprosił. Na randkę! Tak, czytaj: R-A-N-D-K-Ę!
A że akurat w naszym mieście odbywał się Festiwal Food Trucków (któremu
niestety lecące z głośników disco polo totalnie rozwaliło klimat)
posmakowaliśmy burgera, wpadliśmy na smoothie, dopchaliśmy się mrożoną
kawą i kawałkiem Pavlovej i zwyczajnie przespacerowaliśmy się gadając i
pilnując się, by temat dzieci był, na ile to możliwe u kochających
rodziców, omijany szerokim łukiem... no dobrze, łuczkiem...
:)
Po jedenastu dniach urlopu z dwójką krzyczących szkrabów chciałoby się rzec, że dodatkowe trzy dni w ciszy, z książką byłyby wskazane. Tak mówiłam jeszcze dziś rano.
Teraz wieczorem - już po randce - myślę sobie, że wystarczyły dwie godziny tylko we dwoje.
W erze konsumpcjonizmu, gdzie czas stał się jedną z najbardziej pożądanych wartości, właśnie w sferze małżeństwa powinniśmy umieć wyłuskiwać to co tak cenne: wspólne chwile, taki high-quality-time. Powinniśmy pilnować, by nie było to spotkanie kółka rodzicielskiego, ale sto dwadzieścia minut relaksu, rozmowy, pełnej koncentracji na osobie z którą przecież chcemy się zestarzeć... Żadne inne prezenty tego nie zastąpią.
PS. Kocham Cię R. x
niedziela, 18 czerwca 2017
środa, 12 kwietnia 2017
Dziecinnie Proste Wielkanocne Ciasteczka
Mija środa... Święta za pasem, a u mnie w przygotowaniach cisza. Gdzieś z tyłu głowy wiem, że w piątek w kościele Wieczór Pasyjny, że w niedzielę Nabożeństwo Wielkanocne, w poniedziałek rodzice na obiedzie; że jakieś zakupy przydałoby się zrobić, okna umyć, domostwo ogarnąć... Póki co pozostaję w sferze wiedzy niespiesznie rozpoczynając realizację listy zadań.
Dziś postawiłam na dzieci. Udało mi się rzutem na taśmę kupić im małe upominki w księgarni internetowej (mam nadzieję, że dojdą przed Świętami). Choć w mojej rodzinie nie daje się prezentów na Wielkanoc pomyślałam, że - podobnie jak na Boże Narodzenie - Pan Jezus może przecież przynieść dzieciom coś drobnego. Życie składa się z małych przyjemności, a jeśli nadarza się okazja, by sprawić ją najbliższym z chęcią z niej skorzystam... ekhm, tzn. nie ja, tylko Pan Jezus:)
Kluczowym momentem dzisiejszego dnia nie było jednak przeczesywanie wirtualnych półek z książkami, a wspólne pieczenie ciasteczek wielkanocnych. W tym celu udałam się nawet specjalnie do sklepu (notabene takiego, który pamiętam z czasów, gdy sama miałam niespełna pięć lat) po foremki w odpowiednich kształtach. Po powrocie do domu wpisałam w wyszukiwarkę frazę "szybkie łatwe ciasteczka" i nie zastanawiając się wiele odpaliłam pierwszy przepis jaki zobaczyłam. Po chwili ciasto było już zagniecione, a małe rączki spiesznie dołączyły do wykrawania królika, motylka, kurczaczka i jajka.
Przyznaję, że dałam się skusić rozszczebiotanemu 4,5-latkowi, który na wieść o wspólnym pieczeniu ciasteczek zaczął tak świergotać z radości w sklepie i przekonywać mnie do zakupu chemicznej posypki i jeszcze bardziej chemicznego gotowego lukru (skład przeczytałam tylko raz udając sama przed sobą, że wcale nie jestem świadoma, że to jedna wielka trucizna), że poddałam się bez walki. Zatem z wersji healthy & fit...
... przerzuciliśmy się na wersję multum cukrozzo i chemikiozo, ale za to jak słodkozzo ;)
Po skończonych warsztatach z lepienia i wykrawania na pytanie : - Leo, czy będziesz jeszcze coś jadł na kolację? nasz syn z rozbrajającą szczerością odparł: - CIASTECZKA! :)
Dziś postawiłam na dzieci. Udało mi się rzutem na taśmę kupić im małe upominki w księgarni internetowej (mam nadzieję, że dojdą przed Świętami). Choć w mojej rodzinie nie daje się prezentów na Wielkanoc pomyślałam, że - podobnie jak na Boże Narodzenie - Pan Jezus może przecież przynieść dzieciom coś drobnego. Życie składa się z małych przyjemności, a jeśli nadarza się okazja, by sprawić ją najbliższym z chęcią z niej skorzystam... ekhm, tzn. nie ja, tylko Pan Jezus:)
Kluczowym momentem dzisiejszego dnia nie było jednak przeczesywanie wirtualnych półek z książkami, a wspólne pieczenie ciasteczek wielkanocnych. W tym celu udałam się nawet specjalnie do sklepu (notabene takiego, który pamiętam z czasów, gdy sama miałam niespełna pięć lat) po foremki w odpowiednich kształtach. Po powrocie do domu wpisałam w wyszukiwarkę frazę "szybkie łatwe ciasteczka" i nie zastanawiając się wiele odpaliłam pierwszy przepis jaki zobaczyłam. Po chwili ciasto było już zagniecione, a małe rączki spiesznie dołączyły do wykrawania królika, motylka, kurczaczka i jajka.
Przyznaję, że dałam się skusić rozszczebiotanemu 4,5-latkowi, który na wieść o wspólnym pieczeniu ciasteczek zaczął tak świergotać z radości w sklepie i przekonywać mnie do zakupu chemicznej posypki i jeszcze bardziej chemicznego gotowego lukru (skład przeczytałam tylko raz udając sama przed sobą, że wcale nie jestem świadoma, że to jedna wielka trucizna), że poddałam się bez walki. Zatem z wersji healthy & fit...
... przerzuciliśmy się na wersję multum cukrozzo i chemikiozo, ale za to jak słodkozzo ;)
Po skończonych warsztatach z lepienia i wykrawania na pytanie : - Leo, czy będziesz jeszcze coś jadł na kolację? nasz syn z rozbrajającą szczerością odparł: - CIASTECZKA! :)
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Polska Jest Pyszna: Zrobione Z Mąki, Głogów
Idę za ciosem. Skoro tydzień temu pisałam o pięknym miejscu to dziś napiszę o miejscu pysznym. Może i w tej materii uda mi się stworzyć w tej mojej blogowej przestrzeni cykl, który nie skończy się na odcinku numer 1? Póki co challenge accepted.
Daleko Was nie zabiorę. O, tu za rogiem, minutę od mojego domu... no może dwie, zważywszy na tempo maluchów, które jak wiadomo po drodze chcą zobaczyć każdego motylka i ptaszka. Dziś naszym celem jest otwarta w 2015 roku miejscówka o wdzięcznej nazwie Zrobione Z Mąki.
Jeśli chodzi o samą nazwę uważam, że jest genialna w swej prostocie. Podświadomie informuje głodnego przechodnia, że steka to on tu nie dostanie, ale pierogi i owszem. Szata graficzna i logo są jak najbardziej w moim guście, więc punkt na początek. A nawet dziesięć punktów.
Zabawki zabawkami, ale w końcu przyszliśmy tu zjeść. Nie pierwszy raz zresztą, ale do tej pory były to raczej gofry (o nich jeszcze napiszę). Tym razem jednak Małżonek mój skusił się na naleśnika po wiejsku (cena 12 zł) myśląc, że jednym to się zapewne nie naje. Jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że ów naleśnik sporych rozmiarów był, a i sytości przysporzył niemałej. Nawet odstraszająca Małżonka na początku śmietana, którą polano osobnika, okazała się pysznym dodatkiem. Zatem znów dziesiątka.
Jako, że byłam po pracy, a głód zaczął doskwierać, w Zrobionym Z Mąki nie mogłam zamówić niczego innego jak moich ukochanych pierogów ruskich (notabene znienawidzonych przez moją drugą połówkę). Zresztą jak reklama głosi jest to "najlepsza pierogarnia w mieście". Chyba nie ma w tym przesady. Sam fakt, że pierogi robione są "na widoku", tuż za wysoką ladą, a co jakiś czas słychać dźwięk robota kuchennego łączącego kolejną partię ciasta na naleśniki, świadczy o świeżości serwowanych tu dań.
Wisienki na torcie dostarczyła scena, której byliśmy świadkami. Chwilę przed zamknięciem weszli potencjalni klienci pytając czy jeszcze coś dostaną do zjedzenia. Wola właścielki była (punkt za nietrzymanie się formalnie godziny zamknięcia; skraca to dystans i sprawia, że klient czuje się trochę jak w domu u przyjaciół, albo zwyczajnie w gościach), ale szczerze odpowiedziała, że niestety wszystko już wyprzedała, ciasto się skończyło, a po sześciu kilogramach farszu na pierogi ślad zaginął. Osobiście uważam, że to najlepsza rekomendacja. Mówi mi o tym, że nikt tu niczego nie zamraża; że stawia się tu na świeżość i jakość. Znów mocna dziesiątka.
Klasyczne gofry na sucho (dla Lei) i z bitą śmietaną (dla Leona) zostały skonsumowane przez dzieciaki w 1/8 i dojedzone przez nas na zimno wieczorem w domu. Nie traktowałabym tego jednak jako dyskredytację tego miejsca. Ot, może brzuchy im się tego dnia poskurczały? Wręcz przeciwnie do mnie...
Po porcji pysznych pierogów moje receptory nadal wysyłały mi sygnały dotyczące "drugiego dania". A że do słodkości tego dnia mnie zwyczajnie nie ciągnęło skusiłam się na gofra pod tajemniczą nazwą Gruszka Napoleona. No... drodzy Państwo, przekąska godna wodza! Na suchym gofrze znalazła się roszponka, gruszka, ser camembert, nasiona słonecznika i sos balsamico. Wow! Bardzo moje smaki. Pyszne, syte i godne polecenia. A i wygląd przyciągał oko.
Przy uiszczaniu opłaty otrzymałam kartę lojalnościową. Za każde 10 zł wydane na naleśniki, pierogi lub gofry otrzymuje się pieczątkę. Po zebraniu dziesięciu można wybrać sobie danie za 10 zł gratis. Generalnie lubię lojalnościówki w których panują jasne zasady benefitu dla klienta. Tu przejrzyściej już chyba być nie może.
Na koniec zamieniłam dwa słowa z właścicielami gratulując pomysłu i życząc długiego bytowania na lokalnej mapie punktów gastronomicznych. Ciepło, spokój i przyjazne nastawienie właścicieli jest kolejnym, dla mnie osobiście bardzo ważnym, plusem za który daję kolejną dziesiątkę temu miejscu.
Reasumując:
Estetyka miejsca i oprawa graficzna: 9/10
Kids Friendly: 10/10
Naleśniki: 10/10
Gofry: 10/10
Jakość i świeżość: 10/10
Czas oczekiwania: 10/10
Stosunek ceny do jakości: 10/10
Program lojalnościowy: 10/10
Przyjazna obsługa: 10/10
Z czystym sumieniem polecam:)
Zrobione Z Mąki | Głogów ul. Długa 96 [Stare Miasto]
* Cykl nie jest sponsorowany przez opisywane lokale. Jest to moja subiektywna ocena miejsc serwujących jedzenie z którą nie każdy może się zgadzać:)
Daleko Was nie zabiorę. O, tu za rogiem, minutę od mojego domu... no może dwie, zważywszy na tempo maluchów, które jak wiadomo po drodze chcą zobaczyć każdego motylka i ptaszka. Dziś naszym celem jest otwarta w 2015 roku miejscówka o wdzięcznej nazwie Zrobione Z Mąki.
Jeśli chodzi o samą nazwę uważam, że jest genialna w swej prostocie. Podświadomie informuje głodnego przechodnia, że steka to on tu nie dostanie, ale pierogi i owszem. Szata graficzna i logo są jak najbardziej w moim guście, więc punkt na początek. A nawet dziesięć punktów.
Jako, że w większości tzw. "wyjść" towarzyszą nam dzieciaki ważnym kryterium na które zwracam uwagę jest poziom "przyjazności dzieciom", z angielska dużo lepiej brzmiąco kids friendly. To cenne, że na tak małym metrażu jaki zajmuje ta pierogarnio-naleśnikarnio-gofrownia pomyślano o najmłodszych klientach. W rogu znajduje się mały stolik z czasoumilaczami dla najmłodszych.
Zabawki zabawkami, ale w końcu przyszliśmy tu zjeść. Nie pierwszy raz zresztą, ale do tej pory były to raczej gofry (o nich jeszcze napiszę). Tym razem jednak Małżonek mój skusił się na naleśnika po wiejsku (cena 12 zł) myśląc, że jednym to się zapewne nie naje. Jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że ów naleśnik sporych rozmiarów był, a i sytości przysporzył niemałej. Nawet odstraszająca Małżonka na początku śmietana, którą polano osobnika, okazała się pysznym dodatkiem. Zatem znów dziesiątka.
Jako, że byłam po pracy, a głód zaczął doskwierać, w Zrobionym Z Mąki nie mogłam zamówić niczego innego jak moich ukochanych pierogów ruskich (notabene znienawidzonych przez moją drugą połówkę). Zresztą jak reklama głosi jest to "najlepsza pierogarnia w mieście". Chyba nie ma w tym przesady. Sam fakt, że pierogi robione są "na widoku", tuż za wysoką ladą, a co jakiś czas słychać dźwięk robota kuchennego łączącego kolejną partię ciasta na naleśniki, świadczy o świeżości serwowanych tu dań.
Wisienki na torcie dostarczyła scena, której byliśmy świadkami. Chwilę przed zamknięciem weszli potencjalni klienci pytając czy jeszcze coś dostaną do zjedzenia. Wola właścielki była (punkt za nietrzymanie się formalnie godziny zamknięcia; skraca to dystans i sprawia, że klient czuje się trochę jak w domu u przyjaciół, albo zwyczajnie w gościach), ale szczerze odpowiedziała, że niestety wszystko już wyprzedała, ciasto się skończyło, a po sześciu kilogramach farszu na pierogi ślad zaginął. Osobiście uważam, że to najlepsza rekomendacja. Mówi mi o tym, że nikt tu niczego nie zamraża; że stawia się tu na świeżość i jakość. Znów mocna dziesiątka.
Klasyczne gofry na sucho (dla Lei) i z bitą śmietaną (dla Leona) zostały skonsumowane przez dzieciaki w 1/8 i dojedzone przez nas na zimno wieczorem w domu. Nie traktowałabym tego jednak jako dyskredytację tego miejsca. Ot, może brzuchy im się tego dnia poskurczały? Wręcz przeciwnie do mnie...
Po porcji pysznych pierogów moje receptory nadal wysyłały mi sygnały dotyczące "drugiego dania". A że do słodkości tego dnia mnie zwyczajnie nie ciągnęło skusiłam się na gofra pod tajemniczą nazwą Gruszka Napoleona. No... drodzy Państwo, przekąska godna wodza! Na suchym gofrze znalazła się roszponka, gruszka, ser camembert, nasiona słonecznika i sos balsamico. Wow! Bardzo moje smaki. Pyszne, syte i godne polecenia. A i wygląd przyciągał oko.
Przy uiszczaniu opłaty otrzymałam kartę lojalnościową. Za każde 10 zł wydane na naleśniki, pierogi lub gofry otrzymuje się pieczątkę. Po zebraniu dziesięciu można wybrać sobie danie za 10 zł gratis. Generalnie lubię lojalnościówki w których panują jasne zasady benefitu dla klienta. Tu przejrzyściej już chyba być nie może.
Na koniec zamieniłam dwa słowa z właścicielami gratulując pomysłu i życząc długiego bytowania na lokalnej mapie punktów gastronomicznych. Ciepło, spokój i przyjazne nastawienie właścicieli jest kolejnym, dla mnie osobiście bardzo ważnym, plusem za który daję kolejną dziesiątkę temu miejscu.
Reasumując:
Estetyka miejsca i oprawa graficzna: 9/10
Kids Friendly: 10/10
Naleśniki: 10/10
Gofry: 10/10
Jakość i świeżość: 10/10
Czas oczekiwania: 10/10
Stosunek ceny do jakości: 10/10
Program lojalnościowy: 10/10
Przyjazna obsługa: 10/10
Z czystym sumieniem polecam:)
Zrobione Z Mąki | Głogów ul. Długa 96 [Stare Miasto]
* Cykl nie jest sponsorowany przez opisywane lokale. Jest to moja subiektywna ocena miejsc serwujących jedzenie z którą nie każdy może się zgadzać:)
sobota, 1 kwietnia 2017
Polska Jest Piękna: Muzeum Etnograficzne w Ochli
Wiem, że dałam Wam wszelkie powody ku temu, by o mnie zapomnieć. Dzięki Bogu nadeszła wiosna, nowy miesiąc, słońce, zmiana czasu na letni i te wszystkie powody, które sprawiają, że człowiekowi zwyczajnie zaczyna się chcieć...
Uznaliśmy z R., tak na początek nowego sezonu, że dołożymy wszelkich starań, by co najmniej dwie soboty spędzić wyjazdowo, wycieczkowo, poznawczo. Nasze życie jest intensywne, pełne różnych odpowiedzialności, więc tym bardziej bezcenne są chwile, które spędzamy w rodzinnym gronie, z dzieciakami.
Nasz cykl Polska Jest Piękna vol. 2017 rozpoczęliśmy dziś od oddalonego o 70 km od naszego miejsca zamieszkania Muzeum Etnograficznego w Ochli k. Zielonej Góry. Ponieważ pogoda dziś wyjątkowo nas wszystkich rozpieściła (24 stopnie, słońce) ten dzień spędzony na powietrzu mógł być tylko przyjemnością. Taki też był.
Samo muzeum to głównie obiekty wiejskie, innymi słowy sporej wielkości skansen. Położone jest na obszarze 13 hektarów, ale spokojnie... nie musicie przemierzać takich dystansów. My, chcąc wykorzystać piękną pogodę, wybraliśmy opcję spacerową bez zwiedzania wnętrz chat (dwa bilety dla nas dorosłych po 2 zł, dzieci bezpłatnie). Jednak i w tym był element odkrywczy. Zaglądanie przez szybkę niejednokrotnie wprawiło nas w zdziwienie np. nad wysokością izb, a właściwie ich "niskością".
Zabudowania znajdujące się w skansenie pełniły w przeszłości różne
role w okolicznych miejscowościach. Obok chat mieszkalnych można tu
obejrzeć np. dzwonnicę czy pracownię kowala.
Dzieci wypatrzyły drewniane figury wśród których znalazła się m.in. szopka bożonarodzeniowa (nieuwieczniona na zdjęciu... Jezus nie miał głowy).
Chwilę potem już szukały oznak wiosny ciesząc się każdą napotkaną stokrotką, a mi ponownie przypomniało się, że tak niewiele potrzeba do szczęścia...
Przy głównej bramie muzeum znajduje się prywatne łowisko, gdzie można zjeść świeżą rybę. W weekendy można tam także kupić świeżo wędzone zdobycze wodne. Na własne oczy widzieliśmy jak Pan rąbał drewno i dokładał do wędzarni. Tym razem wybraliśmy wersję klasyczną, smażoną. Panierka na pstrągu nie wyglądała zbyt apetycznie, ale sama ryba obroniła się smakiem. Do tego promienie słońca grzejące w plecy, śpiew ptaków wokoło i to uczucie niespieszności...
Reasumując: spokój, powrót do przeszłości, lekcja historii, piękna pogoda - z czystym sumieniem polecamy to miejsce właśnie na takie piękne, wiosenno-letnie wypady. Spacer w skansenie może być świetną odskocznią od spaceru po odwiedzanych na co dzień uliczkach własnego miasta. A wy? Bywacie w takich miejscach?
Uznaliśmy z R., tak na początek nowego sezonu, że dołożymy wszelkich starań, by co najmniej dwie soboty spędzić wyjazdowo, wycieczkowo, poznawczo. Nasze życie jest intensywne, pełne różnych odpowiedzialności, więc tym bardziej bezcenne są chwile, które spędzamy w rodzinnym gronie, z dzieciakami.
Nasz cykl Polska Jest Piękna vol. 2017 rozpoczęliśmy dziś od oddalonego o 70 km od naszego miejsca zamieszkania Muzeum Etnograficznego w Ochli k. Zielonej Góry. Ponieważ pogoda dziś wyjątkowo nas wszystkich rozpieściła (24 stopnie, słońce) ten dzień spędzony na powietrzu mógł być tylko przyjemnością. Taki też był.
Samo muzeum to głównie obiekty wiejskie, innymi słowy sporej wielkości skansen. Położone jest na obszarze 13 hektarów, ale spokojnie... nie musicie przemierzać takich dystansów. My, chcąc wykorzystać piękną pogodę, wybraliśmy opcję spacerową bez zwiedzania wnętrz chat (dwa bilety dla nas dorosłych po 2 zł, dzieci bezpłatnie). Jednak i w tym był element odkrywczy. Zaglądanie przez szybkę niejednokrotnie wprawiło nas w zdziwienie np. nad wysokością izb, a właściwie ich "niskością".
Dla mnie osobiście spacer ten miał też walor nostalgiczny. Wróciły
wspomnienia z dzieciństwa, gdy odwiedzałam babcię na Podkarpaciu. Tam,
obok murowanego domu zbudowanego przez moich dziadków w latach
sześćdziesiątych, stała zamieszkiwana przez nich wcześniej chata "z
bali". Wiele z obiektów w skansenie przypominało mi tamten budynek.
Jedyną różnicą był "kolor elewacji". W moich wspomnieniach pozostała
biało-czarna...
Dzieci wypatrzyły drewniane figury wśród których znalazła się m.in. szopka bożonarodzeniowa (nieuwieczniona na zdjęciu... Jezus nie miał głowy).
Przy głównej bramie muzeum znajduje się prywatne łowisko, gdzie można zjeść świeżą rybę. W weekendy można tam także kupić świeżo wędzone zdobycze wodne. Na własne oczy widzieliśmy jak Pan rąbał drewno i dokładał do wędzarni. Tym razem wybraliśmy wersję klasyczną, smażoną. Panierka na pstrągu nie wyglądała zbyt apetycznie, ale sama ryba obroniła się smakiem. Do tego promienie słońca grzejące w plecy, śpiew ptaków wokoło i to uczucie niespieszności...
Reasumując: spokój, powrót do przeszłości, lekcja historii, piękna pogoda - z czystym sumieniem polecamy to miejsce właśnie na takie piękne, wiosenno-letnie wypady. Spacer w skansenie może być świetną odskocznią od spaceru po odwiedzanych na co dzień uliczkach własnego miasta. A wy? Bywacie w takich miejscach?
poniedziałek, 16 stycznia 2017
Noworocznie z poślizgiem
Zmieniło mi się. Nie mam postanowień noworocznych. Żadnych tam mrzonek o zdrowym jedzeniu, wysypianiu się, regularnym odkładaniu rzeczy na miejsce czy odhaczeniu kolejnego miasta na liście 'byłam - zwiedziłam'. Podsumowanie zakończonego niedawno roku 2016 okroiło się do prostego stwierdzenia przed samą sobą: było wspaniale, mam rewelacyjne życie!
Pewnie... zdarzyły się też trudne momenty i te wymagające rozciągnięcia i przystosowania się do nowej sytuacji. Straciliśmy bardzo bliską nam i kochaną osobę. Trzeba było odnaleźć się w rzeczywistości matki pracującej po tym jak latem wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim.
Za nami są też jednak bardzo udane, pierwsze wakacje z przyjaciółmi, roczek Lei, chilloutowa noc sylwestrowa w mocno okrojonym, ale jednak przyjacielskim gronie. W minionym roku miałam swój mały wkład w wydanie dwóch książek. Spotkałam kilka inspirujących osób, które wywarły wpływ na mój sposób spostrzegania świata. Rozwinęłam kilka relacji. Słyszałam sakramentalne tak. Obserwowałam rozwój moich dzieciaków. Słyszałam bezwarunkowe 'kocham cię'. Znalazłam czas, by zamiast kolejnego dużego garden party urodzinowego dla kilkudziesięciu osób, wyskoczyć z koleżankami na babski film do kina i kawę.
Były też chwile gorsze. Dni w których największym marzeniem było łóżko, kołdra, książka i cisza... Tak, cisza i dobrze pojęta samotność to w minionym roku towar deficytowy. Ale nawet nad tym nie chcę się zbyt długo pochylać. Wiem bowiem, że życie ma różne sezony. U nas akurat przyszedł ten zdominowany przez dwójkę absorbujących skarbów. Nie, nie zatraciłam się w roli mamy. Nie pozwoliłam owładnąć mną w stu procentach. Zwyczajnie pozwoliłam sobie być po prostu mamą, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ot, taki sezon.
Szczęśliwego Nowego! Niech będzie przynajmniej tak dobry jak poprzedni!
Pewnie... zdarzyły się też trudne momenty i te wymagające rozciągnięcia i przystosowania się do nowej sytuacji. Straciliśmy bardzo bliską nam i kochaną osobę. Trzeba było odnaleźć się w rzeczywistości matki pracującej po tym jak latem wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim.
Za nami są też jednak bardzo udane, pierwsze wakacje z przyjaciółmi, roczek Lei, chilloutowa noc sylwestrowa w mocno okrojonym, ale jednak przyjacielskim gronie. W minionym roku miałam swój mały wkład w wydanie dwóch książek. Spotkałam kilka inspirujących osób, które wywarły wpływ na mój sposób spostrzegania świata. Rozwinęłam kilka relacji. Słyszałam sakramentalne tak. Obserwowałam rozwój moich dzieciaków. Słyszałam bezwarunkowe 'kocham cię'. Znalazłam czas, by zamiast kolejnego dużego garden party urodzinowego dla kilkudziesięciu osób, wyskoczyć z koleżankami na babski film do kina i kawę.
Były też chwile gorsze. Dni w których największym marzeniem było łóżko, kołdra, książka i cisza... Tak, cisza i dobrze pojęta samotność to w minionym roku towar deficytowy. Ale nawet nad tym nie chcę się zbyt długo pochylać. Wiem bowiem, że życie ma różne sezony. U nas akurat przyszedł ten zdominowany przez dwójkę absorbujących skarbów. Nie, nie zatraciłam się w roli mamy. Nie pozwoliłam owładnąć mną w stu procentach. Zwyczajnie pozwoliłam sobie być po prostu mamą, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ot, taki sezon.
Szczęśliwego Nowego! Niech będzie przynajmniej tak dobry jak poprzedni!
piątek, 2 grudnia 2016
Nasz Pierwszy Kalendarz Adwentowy
Leon ma już ponad 4 lata, a podobno wspomnienia z dzieciństwa zaczynają nam zapadać w pamięć mniej więcej od tego okresu. Zatem powalczyłam o to, by wspomnienia okołoświąteczne były jak najmilsze. W uporządkowaniu przygotowań do Świąt pomoże nam w tym roku nasz pierwszy handmade'owy kalendarz adwentowy.
Rzutem na taśmę. Czyli tak jak zwykle. Planuję od miesiąca, a realizacja - pomimo szczerych chęci i samozapewnień, że tym razem wszystko przyszykuję z wyprzedzeniem - pozostaje na "za pięć dwunasta". Pewnie jak większość szalonych matek Polek siedziałam wczoraj pół nocy i kończyłam kalendarz adwentowy! Oto i on!
W moim domu rodzinnym nikt nie robił takiego kalendarza, a i PRL-owska wersja bombonierki z 24-ma słodkościami i kiczowatym Mikołajem na okładce była nam obca. Ukrywać nie będę, że zanim zabrałam się do realizacji tego projektu naczytałam się i naoglądałam w internecie niezliczonej ilości inspiracji. Z nich też wyłuskałam to, co najbardziej odpowiadało zarówno mojemu gustowi jak i możliwościom manualnym. Niekwestionowanym liderem mojej tegorocznej inspiracji była Ola z bloga O Zebrze, której kalendarz sprzed dwóch lat stał się moim zielonym światłem za którym podążyłam (dziękuję!).
Papiery wydrukowałam na domowej drukarce ze strony Minieco. Następnie przy użyciu kleju stworzyłam małe paczuszki, które wypełniłam drobiazgami. Na każdej z nich znajduje się cyferka zgodna z kolejnym dniem Adwentu, którą pobrałam stąd. Paczuszki ustawiłam na Ikeowskiej półce, która zwykle służy nam do eksponowania ramek i dekoracji. Jest powieszona dość wysoko, co nie jest bez znaczenia przy półtorarocznych ciekawskich rączkach, które szybko rozpakowałyby wszystkie 24 pakiety, gdyby tylko mogły... By nadać świątecznego charakteru naszej domowej instalacji u dołu zawisła świąteczna girlanda od My Pink Plum.
Przygotowując kalendarz było dla mnie ważnym, by nie skończyło się jedynie na słodkościach. Na każdy dzień mamy zatem do przeczytania fragment z Biblii, który przybliżać nam będzie historię Narodzenia Jezusa.
Ponadto w naszym kalendarzu oprócz:
- czekoladek Kinder
- lizaków
- gum rozpuszczalnych
- batoników Crunchy
- owocowych batoników z Rossmanna
- orzechowo-czekoladowych wafelków a'la Knoppers z Lidla
można znaleźć również:
- daktyle
- orzechy laskowe
- migdały w białej czekoladzie
Są też:
- szczoteczka do zębów z zabawnym rekinem
- kartki brokatowe do wycinania
- ołówki z gumkami w kształcie zwierzątek
- książeczka
- naklejki litery
Oprócz tego zadania na każdy dzień dopasowane do naszych codziennych aktywności, których w standardzie jest dość dużo. Starałam się tak je rozplanować, by w dni w które Leon ma na przykład zajęcia dodatkowe z angielskiego zadanie było mało absorbujące czasowo, np. NAUCZCIE SIĘ ŻYCZYĆ 'WESOŁYCH ŚWIĄT' W JĘZYKU ANGIELSKIM:) Po pierwszym dniu mogę powiedzieć, że jest to mega mobilizujące. Za oknem wiatry, mrzawki, jesień pełną parą, a zadanie na pierwszy dzień brzmiało PRZYGOTUJ SMAKOŁYKI DLA PTAKÓW I POCZĘSTUJ JE NIMI. Wieczorową porą wyszliśmy więc całą rodziną na tę pluchę, by powiesić na dwóch drzewach w okolicy wspólnie wykonany karmnik jednokrotnego użytku (moje rajstopy plus ziarna i karmnik gotowy!)
Jeśli ktoś z Was chciałby się poczęstować takimi gotowymi zadaniami na konkretny dzień zerknijcie poniżej.
Jak Wam się podoba nasz kalendarz?
Rzutem na taśmę. Czyli tak jak zwykle. Planuję od miesiąca, a realizacja - pomimo szczerych chęci i samozapewnień, że tym razem wszystko przyszykuję z wyprzedzeniem - pozostaje na "za pięć dwunasta". Pewnie jak większość szalonych matek Polek siedziałam wczoraj pół nocy i kończyłam kalendarz adwentowy! Oto i on!
W moim domu rodzinnym nikt nie robił takiego kalendarza, a i PRL-owska wersja bombonierki z 24-ma słodkościami i kiczowatym Mikołajem na okładce była nam obca. Ukrywać nie będę, że zanim zabrałam się do realizacji tego projektu naczytałam się i naoglądałam w internecie niezliczonej ilości inspiracji. Z nich też wyłuskałam to, co najbardziej odpowiadało zarówno mojemu gustowi jak i możliwościom manualnym. Niekwestionowanym liderem mojej tegorocznej inspiracji była Ola z bloga O Zebrze, której kalendarz sprzed dwóch lat stał się moim zielonym światłem za którym podążyłam (dziękuję!).
Papiery wydrukowałam na domowej drukarce ze strony Minieco. Następnie przy użyciu kleju stworzyłam małe paczuszki, które wypełniłam drobiazgami. Na każdej z nich znajduje się cyferka zgodna z kolejnym dniem Adwentu, którą pobrałam stąd. Paczuszki ustawiłam na Ikeowskiej półce, która zwykle służy nam do eksponowania ramek i dekoracji. Jest powieszona dość wysoko, co nie jest bez znaczenia przy półtorarocznych ciekawskich rączkach, które szybko rozpakowałyby wszystkie 24 pakiety, gdyby tylko mogły... By nadać świątecznego charakteru naszej domowej instalacji u dołu zawisła świąteczna girlanda od My Pink Plum.
Przygotowując kalendarz było dla mnie ważnym, by nie skończyło się jedynie na słodkościach. Na każdy dzień mamy zatem do przeczytania fragment z Biblii, który przybliżać nam będzie historię Narodzenia Jezusa.
- czekoladek Kinder
- lizaków
- gum rozpuszczalnych
- batoników Crunchy
- owocowych batoników z Rossmanna
- orzechowo-czekoladowych wafelków a'la Knoppers z Lidla
można znaleźć również:
- daktyle
- orzechy laskowe
- migdały w białej czekoladzie
Są też:
- szczoteczka do zębów z zabawnym rekinem
- kartki brokatowe do wycinania
- ołówki z gumkami w kształcie zwierzątek
- książeczka
- naklejki litery
Oprócz tego zadania na każdy dzień dopasowane do naszych codziennych aktywności, których w standardzie jest dość dużo. Starałam się tak je rozplanować, by w dni w które Leon ma na przykład zajęcia dodatkowe z angielskiego zadanie było mało absorbujące czasowo, np. NAUCZCIE SIĘ ŻYCZYĆ 'WESOŁYCH ŚWIĄT' W JĘZYKU ANGIELSKIM:) Po pierwszym dniu mogę powiedzieć, że jest to mega mobilizujące. Za oknem wiatry, mrzawki, jesień pełną parą, a zadanie na pierwszy dzień brzmiało PRZYGOTUJ SMAKOŁYKI DLA PTAKÓW I POCZĘSTUJ JE NIMI. Wieczorową porą wyszliśmy więc całą rodziną na tę pluchę, by powiesić na dwóch drzewach w okolicy wspólnie wykonany karmnik jednokrotnego użytku (moje rajstopy plus ziarna i karmnik gotowy!)
Jeśli ktoś z Was chciałby się poczęstować takimi gotowymi zadaniami na konkretny dzień zerknijcie poniżej.
środa, 2 listopada 2016
Radość z każdego dźwięku
To uczucie radości...
Nie, tym razem nie myślę o tym, które pojawia się, gdy patrzę na słodkie buzie moich dzieciaków.
Nie, tym razem nie myślę o tym, które pojawia się, gdy mąż bezinteresownie w przelocie muśnie mnie dłonią.
Dziś króluje uczucie radości, które nam - mamom, może czasem zapaść w niepamięć. Całe szczęście zdarzają się takie wieczory jak ten dzisiejszy. Wieczory, gdy mama ma wychodne. Ale nie takie ot... na kawę z koleżakami, albo jeszcze inną bezę. To radość z odkurzenia tych zakamarków duszy, które w codzienności matki pracującej często zostają przykryte jak ziemia w parku usłanym jesiennymi liśćmi.
Moja dusza dziś ożyła. Ożyła dzięki dźwiękom muzyki na żywo.
Tak, to prawda - co niedzielę mam styczność z muzyką na żywo. W tej materii nie tyle liczy się jednak dusza, co duch.
A dziś... znów przypomniałam sobie jak to jest po prostu wczuć się w muzykę; odkryć na nowo piosenki znane sprzed lat w fascynujących aranżacjach. Jak to jest być zaskoczoną nietuzinkową wokalizą, dodam męską wokalizą! Jak to jest nie móc przestać tupać nogą, klaskać w dłonie i poddać się atmosferze kreowanej nie tyle przez publikę co przez Osobowość sceniczną. Jak to jest wsłuchać się na nowo w tak szeroką gamę dźwięków saksofonu, kontrabasu, perkusji czy pianina... Jak to jest obserwować niebywałe połączenie umiejętności śpiewania z tym "czymś" czym nie każdy artysta może się pochwalić. On może. Dziękuję!
Nie, tym razem nie myślę o tym, które pojawia się, gdy patrzę na słodkie buzie moich dzieciaków.
Nie, tym razem nie myślę o tym, które pojawia się, gdy mąż bezinteresownie w przelocie muśnie mnie dłonią.
Dziś króluje uczucie radości, które nam - mamom, może czasem zapaść w niepamięć. Całe szczęście zdarzają się takie wieczory jak ten dzisiejszy. Wieczory, gdy mama ma wychodne. Ale nie takie ot... na kawę z koleżakami, albo jeszcze inną bezę. To radość z odkurzenia tych zakamarków duszy, które w codzienności matki pracującej często zostają przykryte jak ziemia w parku usłanym jesiennymi liśćmi.
Moja dusza dziś ożyła. Ożyła dzięki dźwiękom muzyki na żywo.
Tak, to prawda - co niedzielę mam styczność z muzyką na żywo. W tej materii nie tyle liczy się jednak dusza, co duch.
A dziś... znów przypomniałam sobie jak to jest po prostu wczuć się w muzykę; odkryć na nowo piosenki znane sprzed lat w fascynujących aranżacjach. Jak to jest być zaskoczoną nietuzinkową wokalizą, dodam męską wokalizą! Jak to jest nie móc przestać tupać nogą, klaskać w dłonie i poddać się atmosferze kreowanej nie tyle przez publikę co przez Osobowość sceniczną. Jak to jest wsłuchać się na nowo w tak szeroką gamę dźwięków saksofonu, kontrabasu, perkusji czy pianina... Jak to jest obserwować niebywałe połączenie umiejętności śpiewania z tym "czymś" czym nie każdy artysta może się pochwalić. On może. Dziękuję!
#KubaBadach #TributeToAndrzejZaucha #32GłogowskieSpotkaniaJazzowe
środa, 12 października 2016
Świadome Małżeństwo
Termin "świadome rodzicielstwo" rozgościł się na dobre w społecznej świadomości. Powstają publikacje o takim tytule, zakładane są instytuty, nagrywane audycje radiowe. I choć uważam temat za ważny myślę sobie, że zdominował on przestrzeń publiczną na tyle, że zepchnął inny, ważny "twór" na boczne tory.
Tworem, który mam na myśli jest relacja niezwykła, choć tak powszechna. Relacja męża i żony.
Jedną z wrześniowych sobót spędziliśmy na warsztatach dla małżeństw organizowanych w moim kościele. Niestety osobno, bo bostonka na tyle pokrzyżowała nam plany, że nie było opcji, by zostawić chorą Leę pod opieką innej osoby. Wymieniliśmy się więc w połowie dnia, by wieczorem usiąść i przegadać temat. Każdy przecież wie, że kluczem do budowania jakiejkolwiek relacji jest szeroko rozwinięta komunikacja. Jak jednak często rozmawiacie ze swoim współmałżonkiem wprost o Waszych oczekiwaniach, o tym co Was boli, cieszy itd.? My właściwie często:) Przyznać jednak muszę, że są tematy o których rozmawiać nam jakoś ciężej, niechętniej, rzadziej.
Warsztaty, prowadzone przez profesjonalistów - terapeutów chrześcijańskich, odświeżyły nam kilka prawd dotyczących małżeństwa. Ten post byłby naprawdę długi, gdybym pozwoliła sobie na wypisanie wszystkich cech, które wspólnie ustaliliśmy odnośnie tego czym małżeństwo jest, a czym nie jest. Pozostawię to jednak Waszej interpretacji. Powiedzmy... rzucę wędkę nie łowiąc za Was ryby. Może usiądziecie razem ze współmałżonkiem i zastanowicie się nad tym?
Wyostrzyliśmy jednak pewne przeciwstawienie.
Małżeństwo: przymierze czy kontrakt?
W przymierzu znajdujemy ofiarność, oddanie siebie, zaufanie i bezwarunkową obietnicę.
W kontrakcie obdarowywanie się jest uzależnione od spełniania warunków.
Jeśli współmałżonek ich nie wypełnia zaczynamy go karać.
Niestety wiele małżeństw zaczyna żyć na zasadzie kontraktu.
Jeśli pilnujemy warunków zaczyna się kontrola, która jest powiązana z naszym poczuciem bezpieczeństwa. Zasada ograniczonego zaufania jest punktem wyjścia do funkcjonowania w małżeństwie kontraktowym.
Przymierze natomiast zawiera obietnicę, którą sobie ślubowaliśmy.
Punktem wyjścia jest danie sobie nawzajem pełnego kredytu zaufania.
Półtora tygodnia temu byliśmy na ślubie mojej koleżanki z pracy. Wspaniale było patrzeć jak kolejna para młodych ludzi decyduje się rozpocząć wspólną podróż na dobre i na złe. Ten moment skłonił jednak do refleksji. Co tak naprawdę znaczy wypowiadane "Tak mi dopomóż Boże wszechmogący..."? Czy w naszej codzienności pamiętamy o tym, że do małżeństwa zaprosiliśmy kochającego Boga? Nasz kredyt zaufania ma mocne oparcie nie tylko w słowie, które sobie daliśmy nawzajem, ale w Bogu. Nasz kredyt ma mocnego Poręczyciela.
Równocześnie z dzieloną radością nowożeńców przeżywam ogromny kryzys w małżeństwie innych znajomych. Staram się zachować zdrowy dystans, by nie przekroczyć granicy, którą sami wytyczyli w tym trudnym okresie. Myślę o nich codziennie, modlę się. Wiem jednak, że przyjęcie daru miłości jest naszym wyborem. To my wybieramy, że nie pójdziemy za impulsem złości, gniewu, pożądania, pokusy...
Mamy za sobą z R. podobne doświadczenia w przeszłości. Też przechodziliśmy kryzysy, które - z pełną świadomością mogę powiedzieć - przetrwaliśmy tylko dzięki ponadnaturalnej mocy Jezusa działającej w naszym życiu. Dziś patrząc w jakim miejscu jesteśmy, jak szczęśliwy i spełniony związek przyjaciół i partnerów tworzymy wiem, że było warto podjąć takie a nie inne decyzje. Wszystkie diabelskie podszepty mówiące "Stało się. Już za późno." mają na celu jedno: rozbić, zranić, upokorzyć. To prawda. To co się stało już się nie odstanie, ale to co ma się stać w przyszłości jest w dużej mierze uzależnione od decyzji małżonków, czasem obojga, czasem jednego... Nigdy nie jest za późno na wybaczenie i przyjęcie wybaczenia. Dopóki jest wola budowania należy się jej uchwycić, by w starości móc się obejrzeć wtecz i powiedzieć: OK, zawaliłem "w czterdziestym piątym", ale potem dzięki Potrójnemu Sznurowi (Księga Kaznodziei Salomona/Koheleta 4:12) przeżyliśmy wiele lat w szczęściu i spełnieniu.
Dzielę się tym z Wami, bo ostatnio temat małżeństwa gdzieś przewija się wokół mnie zarówno w tej radosnej jak i trudniejszej odsłonie. Nie jestem naiwna. Miesiąc miodowy nie trwa całe życie. To od nas jednak w dużej mierze zależy czy będziemy podejmować dialog, będziemy wybaczać, będziemy dawać drugą szansę, będziemy szukać rozwiązania kryzysów, tak by ostatecznie być wiernym danemu słowu: "dopóki śmierć nas nie rozłączy".
Tworem, który mam na myśli jest relacja niezwykła, choć tak powszechna. Relacja męża i żony.
Jedną z wrześniowych sobót spędziliśmy na warsztatach dla małżeństw organizowanych w moim kościele. Niestety osobno, bo bostonka na tyle pokrzyżowała nam plany, że nie było opcji, by zostawić chorą Leę pod opieką innej osoby. Wymieniliśmy się więc w połowie dnia, by wieczorem usiąść i przegadać temat. Każdy przecież wie, że kluczem do budowania jakiejkolwiek relacji jest szeroko rozwinięta komunikacja. Jak jednak często rozmawiacie ze swoim współmałżonkiem wprost o Waszych oczekiwaniach, o tym co Was boli, cieszy itd.? My właściwie często:) Przyznać jednak muszę, że są tematy o których rozmawiać nam jakoś ciężej, niechętniej, rzadziej.
Warsztaty, prowadzone przez profesjonalistów - terapeutów chrześcijańskich, odświeżyły nam kilka prawd dotyczących małżeństwa. Ten post byłby naprawdę długi, gdybym pozwoliła sobie na wypisanie wszystkich cech, które wspólnie ustaliliśmy odnośnie tego czym małżeństwo jest, a czym nie jest. Pozostawię to jednak Waszej interpretacji. Powiedzmy... rzucę wędkę nie łowiąc za Was ryby. Może usiądziecie razem ze współmałżonkiem i zastanowicie się nad tym?
Wyostrzyliśmy jednak pewne przeciwstawienie.
Małżeństwo: przymierze czy kontrakt?
W przymierzu znajdujemy ofiarność, oddanie siebie, zaufanie i bezwarunkową obietnicę.
W kontrakcie obdarowywanie się jest uzależnione od spełniania warunków.
Jeśli współmałżonek ich nie wypełnia zaczynamy go karać.
Niestety wiele małżeństw zaczyna żyć na zasadzie kontraktu.
Jeśli pilnujemy warunków zaczyna się kontrola, która jest powiązana z naszym poczuciem bezpieczeństwa. Zasada ograniczonego zaufania jest punktem wyjścia do funkcjonowania w małżeństwie kontraktowym.
Przymierze natomiast zawiera obietnicę, którą sobie ślubowaliśmy.
Punktem wyjścia jest danie sobie nawzajem pełnego kredytu zaufania.
Półtora tygodnia temu byliśmy na ślubie mojej koleżanki z pracy. Wspaniale było patrzeć jak kolejna para młodych ludzi decyduje się rozpocząć wspólną podróż na dobre i na złe. Ten moment skłonił jednak do refleksji. Co tak naprawdę znaczy wypowiadane "Tak mi dopomóż Boże wszechmogący..."? Czy w naszej codzienności pamiętamy o tym, że do małżeństwa zaprosiliśmy kochającego Boga? Nasz kredyt zaufania ma mocne oparcie nie tylko w słowie, które sobie daliśmy nawzajem, ale w Bogu. Nasz kredyt ma mocnego Poręczyciela.
Równocześnie z dzieloną radością nowożeńców przeżywam ogromny kryzys w małżeństwie innych znajomych. Staram się zachować zdrowy dystans, by nie przekroczyć granicy, którą sami wytyczyli w tym trudnym okresie. Myślę o nich codziennie, modlę się. Wiem jednak, że przyjęcie daru miłości jest naszym wyborem. To my wybieramy, że nie pójdziemy za impulsem złości, gniewu, pożądania, pokusy...
Mamy za sobą z R. podobne doświadczenia w przeszłości. Też przechodziliśmy kryzysy, które - z pełną świadomością mogę powiedzieć - przetrwaliśmy tylko dzięki ponadnaturalnej mocy Jezusa działającej w naszym życiu. Dziś patrząc w jakim miejscu jesteśmy, jak szczęśliwy i spełniony związek przyjaciół i partnerów tworzymy wiem, że było warto podjąć takie a nie inne decyzje. Wszystkie diabelskie podszepty mówiące "Stało się. Już za późno." mają na celu jedno: rozbić, zranić, upokorzyć. To prawda. To co się stało już się nie odstanie, ale to co ma się stać w przyszłości jest w dużej mierze uzależnione od decyzji małżonków, czasem obojga, czasem jednego... Nigdy nie jest za późno na wybaczenie i przyjęcie wybaczenia. Dopóki jest wola budowania należy się jej uchwycić, by w starości móc się obejrzeć wtecz i powiedzieć: OK, zawaliłem "w czterdziestym piątym", ale potem dzięki Potrójnemu Sznurowi (Księga Kaznodziei Salomona/Koheleta 4:12) przeżyliśmy wiele lat w szczęściu i spełnieniu.
Dzielę się tym z Wami, bo ostatnio temat małżeństwa gdzieś przewija się wokół mnie zarówno w tej radosnej jak i trudniejszej odsłonie. Nie jestem naiwna. Miesiąc miodowy nie trwa całe życie. To od nas jednak w dużej mierze zależy czy będziemy podejmować dialog, będziemy wybaczać, będziemy dawać drugą szansę, będziemy szukać rozwiązania kryzysów, tak by ostatecznie być wiernym danemu słowu: "dopóki śmierć nas nie rozłączy".
niedziela, 18 września 2016
Fenomen Kici Koci
Książeczki. Nasza - niespełna 16-miesięczna - Lea uwielbia je wertować. Z zainteresowaniem obraca każdą kolejną stronę marszcząc, w sobie tylko znany sposób, brwi jakby odkryła właśnie Amerykę. Oczywiście skupienie to adekwatne jest do jej wieku, zatem trwa jakieś trzy sekundy. Po chwili uwaga skoncentrowana jest na czymś innym. Cieszy mnie jednak fakt, że od małego lgnie do książek. Już sobie powiedziałam, że na któreś tam kolejne urodziny dostanie ode mnie w prezencie całą sagę Ani Z Zielonego Wzgórza, w której to ja zaczytywałam się będąc dziewczynką. Ciekawe czy też będzie podkochiwać się Gilbercie?:)
Póki co swoim małym paluszkiem wskazuje na półki z książkami z błagalnym spojrzeniem mówiącym - Nie dosięgnę. Ściągnij mi proszę tę książkę. Ściągam zatem z górnych półek różne pozycje. Wśród nich serię o Kici Koci kupioną dla Leona w zeszłym roku.
O książeczkach opisujących codzienność małej kotki dowiedziałam się dzięki rewelacyjnym przeglądom biblioteki malucha i przedszkolaka na blogu Matka Wariatka. Przekonała mnie ich długość, a raczej krótkość (w sam raz do poczytania trzy-czterolatkowi przed spaniem); cena (bardzo przystępna) oraz to, że przedstawia naszą polską rzeczywistość w prostych zdaniach adekwatnych do poziomu pojmowania przez przedszkolaka.
Kotka odwiedza przedszkole, poznaje strażaka czy policjanta, gotuje, sprząta, jedzie w podróż pociągiem... można by wymieniać i wymieniać. Wydawnictwo Media Rodzina wypuściło na rynek całą serię i co jakiś czas ubogaca ją o kolejne pozycje.
W lutym, w ramach prezentu urodzinowego, moja trzyletnia bratanica otrzymała pakiet kwadratowych książeczek o kotce. Dziś - ponad pół roku później - moja bratowa na pytanie "co moglibyśmy kupić Lence na gwiazdkę?" (tak wiem, jest wrzesień, a ja już zaczynam myśleć o prezentach świątecznych...) błagalnym głosem, bez zastanowienia odpowiada: - Kolejne książeczki o Kici Koci! Już znam na pamięć wszystkie, które mamy, a Lenka nie ustępuje i codziennie chce by czytać jej od nowa i od nowa o tym jak Kicia Kocia zakłada zespół muzyczny, mówi 'dzień dobry' czy bawi się na placu zabaw.
W przedszkolu mojego Leona piątek jest dniem, w którym dzieci mogą przynosić swoje zabawki. Tydzień temu oprócz ukochanego królika Leo przyniósł dwie książeczki z serii o Kici Koci. Z jego opowieści wynika, że panie czytały je dzieciom. Jak myślicie? Przedszkolaki złapały bakcyla?
Póki co swoim małym paluszkiem wskazuje na półki z książkami z błagalnym spojrzeniem mówiącym - Nie dosięgnę. Ściągnij mi proszę tę książkę. Ściągam zatem z górnych półek różne pozycje. Wśród nich serię o Kici Koci kupioną dla Leona w zeszłym roku.
O książeczkach opisujących codzienność małej kotki dowiedziałam się dzięki rewelacyjnym przeglądom biblioteki malucha i przedszkolaka na blogu Matka Wariatka. Przekonała mnie ich długość, a raczej krótkość (w sam raz do poczytania trzy-czterolatkowi przed spaniem); cena (bardzo przystępna) oraz to, że przedstawia naszą polską rzeczywistość w prostych zdaniach adekwatnych do poziomu pojmowania przez przedszkolaka.
Kotka odwiedza przedszkole, poznaje strażaka czy policjanta, gotuje, sprząta, jedzie w podróż pociągiem... można by wymieniać i wymieniać. Wydawnictwo Media Rodzina wypuściło na rynek całą serię i co jakiś czas ubogaca ją o kolejne pozycje.
W lutym, w ramach prezentu urodzinowego, moja trzyletnia bratanica otrzymała pakiet kwadratowych książeczek o kotce. Dziś - ponad pół roku później - moja bratowa na pytanie "co moglibyśmy kupić Lence na gwiazdkę?" (tak wiem, jest wrzesień, a ja już zaczynam myśleć o prezentach świątecznych...) błagalnym głosem, bez zastanowienia odpowiada: - Kolejne książeczki o Kici Koci! Już znam na pamięć wszystkie, które mamy, a Lenka nie ustępuje i codziennie chce by czytać jej od nowa i od nowa o tym jak Kicia Kocia zakłada zespół muzyczny, mówi 'dzień dobry' czy bawi się na placu zabaw.
W przedszkolu mojego Leona piątek jest dniem, w którym dzieci mogą przynosić swoje zabawki. Tydzień temu oprócz ukochanego królika Leo przyniósł dwie książeczki z serii o Kici Koci. Z jego opowieści wynika, że panie czytały je dzieciom. Jak myślicie? Przedszkolaki złapały bakcyla?
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































